animation anioł 2

Czy to były Anioły?

Tego ranka słońce świeciło mocnym blaskiem, a mróz lekko oszronił drogi, pola i lasy.

Zima tego roku w ogóle nie dawała się we znaki, wręcz każdego dnia zapowiadała nadejście wiosny.

Lena i Zuza postanowiły oderwać się na jeden dzień od swoich obowiązków i wybrały się na małą wycieczkę po okolicy. Jednak krótki wypad z minuty na minutę przeradzał się w niekończącą się podróż z nieoczekiwanym wydarzeniami.

Właściwie umówiły się bez żadnego określonego celu swojej podróży i dopiero będąc w samochodzie zdecydowały, jaki wybrać kierunek. Dokąd jedziemy? – pyta Lena. Hmmm…Łódź, jedziemy do Łodzi – odpowiedziała Zuza – coś tam zwiedzimy, coś zjemy i po obiedzie wrócimy do Warszawy.

Zanim wjechały na autostradę, część wyznaczonej trasy postanowiły przejechać bocznymi drogami, podziwiając przy okazji budzącą się przyrodę wraz z jej niecodziennymi odgłosami. W niedługim czasie wjechały na autostradę…

Po niespełna kilku kilometrach już widać było zjazd w kierunku Łodzi. Lena prowadziła auto. Niespodziewanie, zaraz za zakrętem, samochód wpadł w poślizg, Lena straciła panowanie nad kierownicą…W samochodzie zapadła przeraźliwa cisza, obie poddały się biegowi zdarzeń. Nie było czasu na zastanawianie się, czy też jakąkolwiek reakcję…Samochód wirował po jezdni, odbijał się od barierek, od lewej do prawej strony.. i … nagle jakaś potężna, niewidzialna siła postawiła go na prawym pasie i zatrzymała pojazd… Obie natychmiast wysiadły…z samochodu wydobywała się smuga dymu…Niemalże w ułamkach sekund za nimi pojawiła się laweta, następnie jakiś samochód osobowy, a obok, lewą stroną, przemknęły dwa tiry…Młody człowiek kierujący lawetą, podbiegł, pytając, czy wszystko w porządku…po czym szybko skierował kroki do rozbitego auta i natychmiast odłączył akumulator…Drugi młody człowiek, niemalże w tej samej chwili znalazł się przy nich, pytając, czy nic im się nie stało… – nie wyglądało, to dobrze, widok był przerażający – oznajmił.

Obaj przeprowadzili niebywale szybką akcję wciągnięcia auta na lawetę i posprzątania części samochodu z drogi…Laweta odjechała, a za nią samochód, który zabrał na swój pokład Lenę i Zuzę…zaparkowali w miejscu oddalonym może jakieś 5 kilometrów od całego zdarzenia. Dziewczyny mimo to, że były jeszcze w szoku, zdołały podać ręce wybawicielom, jednocześnie dziękując za okazaną pomoc…

spojrzały na siebie…po czym jeszcze raz chciały się ukłonić i … już nikogo nie było…

Młodzieńcy, tak jak się pojawili znikąd, tak w okamgnieniu zniknęli…

Czy ja śnię?  – spytała Lena…Zuza nic nie odpowiadając oddaliła się i stanęła na wprost słońca, które było tak ogromne i tak blisko, że miała wrażenie, że cała była zatopiona w jego promieniach…zaniemówiła…przez kilkanaście minut nie mogła wydobyć z siebie żadnego słowa…

Lena w tym czasie dzwoniła po pomoc, żeby ktoś stąd je zabrał i żeby bezpiecznie mogły już wrócić do domu.

Minęły chyba ze dwie godziny, zanim przyjechał samochód z lawetą. Tym razem, ku ich zdziwieniu człowiek, który przybył nie wyglądał na zadowolonego i skorego do pomocy, tak jak spotkani wcześniej młodzieńcy. Powolnymi ruchami rozpoczął umieszczanie samochodu na lawecie. Lena i Zuza mimo ładnej pogody, trochę już przemarzły i nie mogły się doczekać, kiedy będą mogły się rozgrzać…

W końcu się udało i wszyscy wsiedli do samochodu.

Lena podała adres warsztatu samochodowego, gdzie czekał mechanik i ku jej i pozostałych zdziwieniu, mieli do przebycia około 100 kilometrów – to do Warszawy było bliżej – skomentował kierowca. Niezbyt wszyscy mieli szczęśliwe miny, no ale nie było wyjścia..taki dostała adres. Powinni dotrzeć na miejsce za jakąś godzinę…Powinni…

Samochód zjechał już z autostrady, słońce powoli zachodziło… Kierowca, który wcześniej nie był za bardzo rozmowny, nagle stał się nad wyraz dociekliwy – a dokąd jechały, a po co, etc…

i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nagle rozmowa zeszła na całkiem nieoczekiwany tor…tajemnice świata…wierzenia…i święte księgi…

Przeszył je zimny dreszcz…nie była to zwykła rozmowa, a próba narzucenia swoich racji i przekonań…

…i tak jak wcześniej pojawiły się „anioły”, tak teraz odczucia dziewczyn były zgoła odmienne…bo pojawił się ktoś, dla kogo słowo chyba było narzędziem strachu i szerzenia zgrozy…jakby zło ukryło się pod postacią miłości…dobrego słowa i dobrych wieści…

Lena i Zuza na zmianę odpowiadały kierowcy na jego pytania, czy też komentarze,  zachowując przy tym stoicki spokój. W pewnym momencie Zuza postanowiła uciąć już tę konwersację,  żeby nie dać się za bardzo wciągnąć w tę słowną grę „walki dobra ze złem”…

i gdy już kończyła sens przypowieści „o drzewie figowym”, pytając go – jakim to rodzajem drzewa on sam jest? …samochód nagle stanął na środku drogi, tuż przed wjazdem do jakiegoś małego miasteczka…a Pan oznajmił, że nie ma benzyny i nie mogą dalej jechać…

Lena dostała ataku śmiechu. Pan kierowca szalonego pojazdu, zwanego lawetą, wziął butelkę po wodzie mineralnej i postanowił pieszo pójść na najbliższą stację benzynową. Jak się okazało do stacji było jakieś dwa kilometry. Lena i Zuza czekały w samochodzie, nie rozmawiając ze sobą za wiele, tylko spoglądały na drogę, czy przypadkiem z z tą lawetą i wrakiem na niej, nie zostaną tu porzucone na pastwę losu. Po nie całej godzinie kierowca lawety powrócił z napełnioną dwu litrową plastikową butelką. Nalał benzynę do baku i próbował odpalić auto, niestety z marnym skutkiem…zapowietrzyły się przewody…mijała kolejna godzina.

Dziewczyny w tym czasie postanowiły zatrzymać jakiś przejeżdżający samochód….może ktoś by zaradził tej absurdalnej już sytuacji. Ale nie…to było niebywałe, nikt się nie zatrzymał, nikt…

Kierowca z kolei stwierdził, że musi od kogoś pożyczyć klucz, dzięki któremu będzie mógł naprawić szkodę, bo te co ma, nie pasują… i oddalił się do pobliskich domostw.

Lena zaczęła dzwonić do rodziny i znajomych… Zuza poszła w stronę pobliskich stawów, żeby chwilę odetchnąć.

Pan od lawety przyszedł z użyczonym kluczem i dalej próbował swoich sił…

Lena ze spokojem wpatrywała się w wodę i choć było już ciemno, to ten widok był zbawienny…

Niespodziewanie za jej plecami pojawił się biały bus, odwróciła głowę i zobaczyła wysiadającego z niego młodego mężczyznę. Spojrzała na niego… miał przepiękne niebieskie oczy o przenikliwym ciepłym spojrzeniu. Zapytała – czy może pomóc? Bez mrugnięcia podszedł do lawety i w kilka sekund samochód był naprawiony. Zuza skinieniem głowy podziękowała. On ukłonił się nisko i odszedł. Jeszcze się za nim odwróciła… ale zobaczyła tylko stawy i spokojną wodę, w której odbijał się księżyc…

Wszyscy wsiedli do lawety i odjechali, ale niezbyt daleko, bo jak się okazało benzyny mogło wystarczyć na jakieś 20 kilometrów.

Lena na GPS zaczęła sprawdzać, ile mają do najbliższej stacji benzynowej. Była dokładnie za 20 kilometrów.

Zuza zwróciła uwagę panu, że jako kierowca powinien wiedzieć, że kończy się benzyna, mijali przecież kilka stacji benzynowych…można było nie dopuścić do takiej sytuacji.

Ale nie było już o co kruszyć kopii, zwłaszcza, że tłumaczenie kierowcy było niewiarygodnie infantylne.

Dojechali do stacji. Lena zaproponowała, że pokryje koszty transportu, kupując do pełna benzynę. Zgodził się. W milczeniu dojechali na miejsce. Lena i Zuza z wielką ulgą pożegnały kierowcę lawety.

Po załatwieniu formalności, samochodem zastępczym, udały się w drogę powrotną. Jechały już inna trasą. Część jej wiodła przez sady, pełne spokoju i tajemniczości, i mimo zmroku, to te sady właśnie były niesamowitym ukojeniem po tych wszystkich przeżyciach…

Wracały w ciszy…Lena tylko zapytała – czy to były Anioły? A ten człowiek od lawety?

Zuza nic nie odpowiedziała…

Monika Hebda

Udostępnij

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.