O przenikaniu się światów

To co jest ponad zmysłowe, bardzo dobrze jest nam znane, ale naszą uwagę odwracają inne rzeczy, według nas bardziej realne i bardziej namacalne.

Dlaczego więc tego nie odczuwamy i nie dostrzegamy, choć te światy przenikają się bezustannie?

Patrząc na drzewo widzimy pień, gałęzie, liście, pąki…a może jest coś więcej. Coś , co te wszystkie elementy łączy i kształtuje. Wpadamy w zachwyt, patrząc na przyrodę, na niebo i gwiazdy, piękne kolory mieniące się w blasku słońca, albo księżyca…ale co tak naprawdę widzimy…(?)

…i tu przyszedł moment, kiedy się zatrzymałam i zamilkł hałaśliwy umysł i uspokoiły się rozbiegane myśli…ustały lęki i wyobrażenia…

To naturalny stan, można go nazwać medytacją, skupieniem, ale też wyostrzeniem wszystkich zmysłów, tych znanych i tych nam zapomnianych… To tak, jak patrzenie całą sobą i widzenie całą sobą…gdzie zatem podziały się oczy i uszy…(?)

Te światy przenikają się bezustannie w nas…w nas jest wszystko …i w nas niczego nie ma…

Czy to były Anioły?

Tego ranka słońce świeciło mocnym blaskiem, a mróz lekko oszronił drogi, pola i lasy.

Zima tego roku w ogóle nie dawała się we znaki, wręcz każdego dnia zapowiadała nadejście wiosny.

Lena i Zuza postanowiły oderwać się na jeden dzień od swoich obowiązków i wybrały się na małą wycieczkę po okolicy. Jednak krótki wypad z minuty na minutę przeradzał się w niekończącą się podróż z nieoczekiwanym wydarzeniami.

Właściwie umówiły się bez żadnego określonego celu swojej podróży i dopiero będąc w samochodzie zdecydowały, jaki wybrać kierunek. Dokąd jedziemy? – pyta Lena. Hmmm…Łódź, jedziemy do Łodzi – odpowiedziała Zuza – coś tam zwiedzimy, coś zjemy i po obiedzie wrócimy do Warszawy.

Zanim wjechały na autostradę, część wyznaczonej trasy postanowiły przejechać bocznymi drogami, podziwiając przy okazji budzącą się przyrodę wraz z jej niecodziennymi odgłosami. W niedługim czasie wjechały na autostradę…

 

Po niespełna kilku kilometrach już widać było zjazd w kierunku Łodzi. Lena prowadziła auto. Niespodziewanie, zaraz za zakrętem, samochód wpadł w poślizg, Lena straciła panowanie nad kierownicą…W samochodzie zapadła przeraźliwa cisza, obie poddały się biegowi zdarzeń. Nie było czasu na zastanawianie się, czy też jakąkolwiek reakcję…Samochód wirował po jezdni, odbijał się od barierek, od lewej do prawej strony.. i … nagle jakaś potężna, niewidzialna siła postawiła go na prawym pasie i zatrzymała pojazd… Obie natychmiast wysiadły…z samochodu wydobywała się smuga dymu…Niemalże w ułamkach sekund za nimi pojawiła się laweta, następnie jakiś samochód osobowy, a obok, lewą stroną, przemknęły dwa tiry…Młody człowiek kierujący lawetą, podbiegł, pytając, czy wszystko w porządku…po czym szybko skierował kroki do rozbitego auta i natychmiast odłączył akumulator…Drugi młody człowiek, niemalże w tej samej chwili znalazł się przy nich, pytając, czy nic im się nie stało… – nie wyglądało, to dobrze, widok był przerażający – oznajmił.

Obaj przeprowadzili niebywale szybką akcję wciągnięcia auta na lawetę i posprzątania części samochodu z drogi…Laweta odjechała, a za nią samochód, który zabrał na swój pokład Lenę i Zuzę…zaparkowali w miejscu oddalonym może jakieś 5 kilometrów od całego zdarzenia. Dziewczyny mimo to, że były jeszcze w szoku, zdołały podać ręce wybawicielom, jednocześnie dziękując za okazaną pomoc…

spojrzały na siebie…po czym jeszcze raz chciały się ukłonić i … już nikogo nie było…

Młodzieńcy, tak jak się pojawili znikąd, tak w okamgnieniu zniknęli…

Czy ja śnię?  – spytała Lena…Zuza nic nie odpowiadając oddaliła się i stanęła na wprost słońca, które było tak ogromne i tak blisko, że miała wrażenie, że cała była zatopiona w jego promieniach…zaniemówiła…przez kilkanaście minut nie mogła wydobyć z siebie żadnego słowa…

Lena w tym czasie dzwoniła po pomoc, żeby ktoś stąd je zabrał i żeby bezpiecznie mogły już wrócić do domu.

 

Minęły chyba ze dwie godziny, zanim przyjechał samochód z lawetą. Tym razem, ku ich zdziwieniu człowiek, który przybył nie wyglądał na zadowolonego i skorego do pomocy, tak jak spotkani wcześniej młodzieńcy. Powolnymi ruchami rozpoczął umieszczanie samochodu na lawecie. Lena i Zuza mimo ładnej pogody, trochę już przemarzły i nie mogły się doczekać, kiedy będą mogły się rozgrzać…

W końcu się udało i wszyscy wsiedli do samochodu.

 

 

Lena podała adres warsztatu samochodowego, gdzie czekał mechanik i ku jej i pozostałych zdziwieniu, mieli do przebycia około 100 kilometrów – to do Warszawy było bliżej – skomentował kierowca. Niezbyt wszyscy mieli szczęśliwe miny, no ale nie było wyjścia..taki dostała adres. Powinni dotrzeć na miejsce za jakąś godzinę…Powinni…

 

Samochód zjechał już z autostrady, słońce powoli zachodziło… Kierowca, który wcześniej nie był za bardzo rozmowny, nagle stał się nad wyraz dociekliwy – a dokąd jechały, a po co, etc…

i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nagle rozmowa zeszła na całkiem nieoczekiwany tor…tajemnice świata…wierzenia…i święte księgi…

Przeszył je zimny dreszcz…nie była to zwykła rozmowa, a próba narzucenia swoich racji i przekonań…

…i tak jak wcześniej pojawiły się „anioły”, tak teraz odczucia dziewczyn były zgoła odmienne…bo pojawił się ktoś, dla kogo słowo chyba było narzędziem strachu i szerzenia zgrozy…jakby zło ukryło się pod postacią miłości…dobrego słowa i dobrych wieści…

 

Lena i Zuza na zmianę odpowiadały kierowcy na jego pytania, czy też komentarze,  zachowując przy tym stoicki spokój. W pewnym momencie Zuza postanowiła uciąć już tę konwersację,  żeby nie dać się za bardzo wciągnąć w tę słowną grę „walki dobra ze złem”…

i gdy już kończyła sens przypowieści „o drzewie figowym”, pytając go – jakim to rodzajem drzewa on sam jest? …samochód nagle stanął na środku drogi, tuż przed wjazdem do jakiegoś małego miasteczka…a Pan oznajmił, że nie ma benzyny i nie mogą dalej jechać…

 

Lena dostała ataku śmiechu. Pan kierowca szalonego pojazdu, zwanego lawetą, wziął butelkę po wodzie mineralnej i postanowił pieszo pójść na najbliższą stację benzynową. Jak się okazało do stacji było jakieś dwa kilometry. Lena i Zuza czekały w samochodzie, nie rozmawiając ze sobą za wiele, tylko spoglądały na drogę, czy przypadkiem z z tą lawetą i wrakiem na niej, nie zostaną tu porzucone na pastwę losu. Po nie całej godzinie kierowca lawety powrócił z napełnioną dwu litrową plastikową butelką. Nalał benzynę do baku i próbował odpalić auto, niestety z marnym skutkiem…zapowietrzyły się przewody…mijała kolejna godzina.

Dziewczyny w tym czasie postanowiły zatrzymać jakiś przejeżdżający samochód….może ktoś by zaradził tej absurdalnej już sytuacji. Ale nie…to było niebywałe, nikt się nie zatrzymał, nikt…

Kierowca z kolei stwierdził, że musi od kogoś pożyczyć klucz, dzięki któremu będzie mógł naprawić szkodę, bo te co ma, nie pasują… i oddalił się do pobliskich domostw.

Lena zaczęła dzwonić do rodziny i znajomych… Zuza poszła w stronę pobliskich stawów, żeby chwilę odetchnąć.

Pan od lawety przyszedł z użyczonym kluczem i dalej próbował swoich sił…

 

Lena ze spokojem wpatrywała się w wodę i choć było już ciemno, to ten widok był zbawienny…

Niespodziewanie za jej plecami pojawił się biały bus, odwróciła głowę i zobaczyła wysiadającego z niego młodego mężczyznę. Spojrzała na niego… miał przepiękne niebieskie oczy o przenikliwym ciepłym spojrzeniu. Zapytała – czy może pomóc? Bez mrugnięcia podszedł do lawety i w kilka sekund samochód był naprawiony. Zuza skinieniem głowy podziękowała. On ukłonił się nisko i odszedł. Jeszcze się za nim odwróciła… ale zobaczyła tylko stawy i spokojną wodę, w której odbijał się księżyc…

 

Wszyscy wsiedli do lawety i odjechali, ale niezbyt daleko, bo jak się okazało benzyny mogło wystarczyć na jakieś 20 kilometrów.

Lena na GPS zaczęła sprawdzać, ile mają do najbliższej stacji benzynowej. Była dokładnie za 20 kilometrów.

 

 

Zuza zwróciła uwagę panu, że jako kierowca powinien wiedzieć, że kończy się benzyna, mijali przecież kilka stacji benzynowych…można było nie dopuścić do takiej sytuacji.

Ale nie było już o co kruszyć kopii, zwłaszcza, że tłumaczenie kierowcy było niewiarygodnie infantylne.

Dojechali do stacji. Lena zaproponowała, że pokryje koszty transportu, kupując do pełna benzynę. Zgodził się. W milczeniu dojechali na miejsce. Lena i Zuza z wielką ulgą pożegnały kierowcę lawety.

 

Po załatwieniu formalności, samochodem zastępczym, udały się w drogę powrotną. Jechały już inna trasą. Część jej wiodła przez sady, pełne spokoju i tajemniczości, i mimo zmroku, to te sady właśnie były niesamowitym ukojeniem po tych wszystkich przeżyciach…

 

Wracały w ciszy…Lena tylko zapytała – czy to były Anioły? A ten człowiek od lawety?

Zuza nic nie odpowiedziała..

 

 

 

 

 

 

 

 

Białe Kartki

Pociąg pospieszny wyruszył zgodnie z planem. Miał do przejechania spory kawałek, od Zakopanego, aż po Trójmiasto. Droga wyglądała tak, jak szlak górskiego potoku, wypływającego z gór, potem płynącego rzekami przez doliny, przemykając pospiesznie przez równiny, by na koniec zacumować i złączyć się z falami bezkresnego morza…

Marta sprawdziła rezerwację na bilecie i próbowała odszukać swój przedział…ale zanim dotarła na miejsce musiała przebrnąć przez trzy wagony…nie usłyszała, czy ma się udać na koniec, czy na początek pociągu… wsiadła na początku składu, więc jak się okazało, musiała się sporo cofnąć…zmachana i cała roztrzepana zobaczyła wreszcie tabliczkę, na której dostrzegła zbawienny numer jej miejscówki…

Powoli otworzyła drzwi do przedziału…Po lewej stronie, przy oknie siedziała starsza kobieta o siwiutkich włosach jak gołąbek, upiętych w niedbałego, ale za to fikuśnego koka. Miała na sobie elegancką, jasno beżową garsonkę, spod której, przy szyi, wystawał biały kołnierzyk, a na nogach szalenie urocze, jasno brązowe trzewiki…wyglądała, jak nie z tej epoki…przy niej leżał brązowy kuferek z mosiężnymi klamrami…Czytała książkę, gdy Marta wchodziła do przedziału… podniosła głowę i przywitała się, po czym pochyliła się nad swoją książką i z zapałem kontynuowała jej czytanie.

Tym czasem Marta odłożyła bagaże na półkę, powiesiła swój płaszcz i usiadła przy oknie naprzeciwko uroczej staruszki. Ze skupieniem patrzyła, jak widoki za oknem pozostają, gdzieś w tyle i pojawiają się co róż to nowe…

Spojrzała na dystyngowaną starszą panią. Przyglądała się jej z takim zaciekawieniem i tak przenikliwym wzrokiem, że kobieta aż podniosła wzrok i z promiennym uśmiechem spojrzała na Martę – dokąd pani jedzie? – spytała. Ostatnia stacja – odparła Marta. Jak ma pani na imię? –  Marta. Jestem Jaśmina – rzekła – miło panią poznać. Mnie również – odpowiedziała Marta. Starsza pani zaproponowała, żeby mówiły sobie po imieniu…

Marta skierowała swój wzrok na książkę, którą czytała Jaśmina…teraz dopiero spostrzegła…ku jej zdziwieniu, książka miała białą sztywną okładkę, bez żadnego napisu, a kartki, które przekładała były bielusieńkie, bez żadnego tekstu…Ale – zaczęła Marta – ta książka… Tak – potwierdziła tajemniczo Jaśmina… Tak? – dokończyła Marta…Jaśmina poprosiła, żeby dziewczyna usiadła obok niej. Zaraz ci wyjaśnię – odparła. Tak, poproszę – przytaknęła Marta i pospiesznie przesiadła się blisko swojej niezwykle tajemniczej współpasażerki.

Dawno temu – zaczęła swoją opowieść Jaśmina – weszłam do jednej biblioteki, bardzo lubiłam czytać, chłonęłam książki, jak mało kto…wzięłam jedną do ręki, przyglądałam się bardzo ujmującej grafice na jej okładce…zamyśliłam się i…w mojej głowie pojawiło się coś wirującego, a gdy ten podmuch ustał, zobaczyłam teksty, ilustracje…nie zdążyłam otworzyć książki, a w jednej chwili poznałam jej zawartość i treść. Byłam zdumiona i trochę wystraszona. Wzięłam kolejną książkę, potem następną i następną…i cóż w ten sam magiczny sposób odczytywałam je wszystkie bezbłędnie…i jakim cudem znalazłam się potem w jednej chwili w domu, to też już nie pamiętam..

Przez kilka dni nie brałam niczego do ręki, co mogłabym przeczytać. Rozważałam, rozmyślałam,

kontemplowałam…Wróciłam do biblioteki. Historia się powtórzyła, ale tym razem przyjęłam wszystko, jako niezwykły podarunek od losu. A w mojej głowie narodził się jeszcze bardziej niewiarygodny i fascynujący pomysł. Otóż kupiłam gruby zeszyt, który miał twardą, białą okładkę, z białymi, czystymi kartkami. Taki, jaki właśnie mam przed sobą. Usiadłam w moim ulubionym fotelu i zaczęłam czytać…i tu rozpoczęła się przygoda mojego życia. Myśli tworzyły obrazy, teksty i ilustracje. Zaczęłam odkrywać rzeczy, które mi się nawet nie śniły…

A czy ja mogę spróbować? – spytała podekscytowana i przejęta Marta.

Oczywiście – przytaknęła Jaśmina. Na początek spróbujmy to zrobić razem. Jaśmina trzymała książkę, delikatnie przybliżając ją do dłoni Marty.

I proszę… na białych kartkach pojawił się szary zajączek z czarnymi oczkami, jak węgielki. Kicał to tu, to tam. Uszy zabawnie kicały razem z nim. Ale po chwili pojawił się wilk, który naostrzył kły i przygotowywał się do pościgu za zajączkiem…

Otworzyły się drzwi przedziału. Proszę bilety do kontroli – usłyszały pasażerki. W tym samym momencie Jaśmina pospiesznie zamknęła książkę, uderzają niechcący Martę, ta pisnęła bezwiednie.

Była przekonana, że kły wilka wbiły się w jej rękę. Kiedy jednak podawała bilet do kontroli, nie widziała żadnych śladów kłów…a po chwili zniknął też ból, który odczuwała jak rzeczywisty…Pan konduktor zamknął przedział i oddalił się.

Marto, spróbuj pomyśleć, o czymś pozytywnym, bez lęku i bez czarnych scenariuszy – z uśmiechem  powiedziała Jaśmina.

Dobrze, spróbuję – odparła Marta. Dziewczyna była przed sesją egzaminacyjną, nie trudno było zgadnąć, co zaczęło jej chodzić po głowie. Zobaczyła siebie wychodzącą z uczelni, miała w ręku indeks, a w nim same pozytywne oceny. Spojrzała w niebo, a nad nią przeleciało kilka białych gołębi. Zagruchały radośnie i odleciały…sama dostała skrzydeł, a przynajmniej tak jej się wydawało…

W ten sposób możesz czytać siebie i innych. W zależności od tego o czym myślisz i jak myślisz. To, jak widzisz siebie, to tak widzisz też innych. Oto cała tajemnica białych kartek – podsumowała Jaśmina i ze swojego urokliwego kuferka wyjęła zeszyt z białymi sztywnymi okładkami i z białymi kartkami…i podarowała go dziewczynie.