O myśli

Gdy pierwszy raz motyl przysiadł na mojej dłoni, nie miałam pojęcia, że to jest motyl.

Można go było czuć, obserwować, jak się zachowuje, co robi…aż dowiedziałam się, że to co widzę ma swoją nazwę, to jest motyl. A więc, zakładając, że jeszcze wcześniej nic nie poznałam, powstała moja pierwsza myśl. Myśl, za którą krył się obraz motyla. Co ciekawe ta myśl należała do tych, przyjemnych i na samą tą myśl pojawiał się uśmiech na twarzy…cóż za miłe doświadczenie…

…a co z innymi doświadczeniami, za którymi kryją się inne myśli – obrazy…(?)  Nie wszystkie przecież są miłe…są i takie, które spędzają sen z powiek…przewijają się w naszych głowach w kółko, jak niekończący się długometrażowy film, składający się z wielu wątków i z całym mnóstwem scenariuszy… Niektóre z nich, bardzo często się powtarzają i mimo, że są w głowie, to o dziwo, wiercą dziurę w brzuchu.

Jak nad tym wszystkim zapanować? Jak wyjść z tej przestrzeni ograniczonej myślą? Wreszcie, jak wykorzystać wiedzę, którą stworzyła ta myśl, do tego, aby uwolnić umysł…żeby ten stał się bezkresnym nieograniczonym oceanem…

Uciec raczej od myśli nie można, ale można się wznieść ponad nie…pozwolić, żeby przez nas przepływały, jak rzeka, która kończy swój bieg, wpływając do tegoż wspomnianego bezkresnego oceanu, nie bronić się, nie stawiać im oporu, a tak, jak przypłynęły, tak i odpłyną…

Co się wówczas dzieje? Widzę je, ale one nie mają już na mnie żadnego wpływu…

Spróbuj opisać najprostszą rzecz…kubek, ołówek, kamień, cokolwiek…poznaj, jak działa myśl, a tym samym zbadaj, jak ona powstaje…albo opisz to, co samemu tworzysz, kro po kroku, bez żadnego wysiłku, zobaczysz jak możesz zapanować nad swoim życiem…dostrzeżesz to, czego nie dostrzegałeś, uspokoisz umysł i cały ten natłok myśli…i poznasz ich źródło…i poznasz, jaką mają moc tworzenia…

Monika

Wieża

Hala, Ola i Eliza znały się od dziecka. Pochodziły z maleńkiej wsi, położonej między dwoma niewielkimi wzgórzami, w pięknej rozłożystej dolinie. Osada miała tylko dwie główne drogi, jedna prowadziła do wielkiego miasta, druga zaś w głąb lasu, który rozpościerał się od podnóża jednego wzgórza, aż po jego wierzchołek. Przy końcu drogi, wśród zarośli, na wzniesieniu  stała murowana wieża, piękna, dostojna i wyglądała tak, jakby ząb czas nie miał na nią żadnego wpływu.

Jako małe dziewczynki często tu przychodziły się bawić, ale nie podchodziły zbyt blisko. Mimo, że ciekawość nie dawała im spokoju, to jednak strach był silniejszy i tylko fantazjowały i snuły opowieści o wieży, o uwięzionej w niej księżniczce, czy też o dziwnych stworach w niej zamieszkujących i pilnujących do niej dostępu…ich wyobraźnia przekraczała wszelkie granice…ale jedna opowieść nie była tak do końca zmyślona…

Dziadek Elizy, jak już była starsza, jednego wieczoru przed snem, opowiedział jej pewną legendę na temat tego miejsca…Nie pamiętał kiedy i kto ją wzniósł, ale pamiętał historię jednego człowieka, któremu udało się wejść na sam jej szczyt. Człowiek ten powrócił niezwykle odmieniony…Ludzie w osadzie dowiedzieli się od niego tylko o mosiężnych drzwiach, z których przenikało jasne światło…a drzwi tych pilnował niewidomy mnich…i dzięki wskazówkom mnicha udało mu się przekroczyć ich próg i wejść do środka…ale reszta opowieści była tak niezrozumiała dla ludzi, że ów człowiek nie widział sensu już mówienia o czymkolwiek i zamilkł na zawsze…a w niedługim czasie opuścił też osadę i nikt już go więcej nie widział, ani o nim nie słyszał…a ludzie zapomnieli nawet o tej wieży, choć była tak blisko…

Trzy przyjaciółki spotkały się po latach w swojej wsi, a była ku temu niemała okazja. W osadzie trwały przygotowania na powitanie wiosny i do ślubu jednej z sióstr. Hala, Ola i Eliza z wielką radością wzięły się do pracy szczebiocząc i głośno śpiewając..a echo niosło ich śpiew i znów powracało…i dołączyły ćwierkania ptaków…cóż za chór, jak nie z tej ziemi…

Gdy już chleb był upieczony, wianki uwite postanowiły odwiedzić swoje ulubione miejsce zabaw, niedaleko wieży…

Eliza, tym razem, nie wahała się ani chwili, żeby wejść na wieżę – wchodzimy i uśmiechem zachęciła Halę i Olę. W porządku – odparły i zaczęły obchodzić wieżę, szukając drzwi…

Ale nie było…Eliza zrezygnowana oparła się o ścianę i … kamienie rozsunęły się torując przejście.

Dziewczyny niby były odważne, ale jednak strach je trochę obleciał…Mimo to weszły do środka.

Ujrzały kręte schody i powoli zaczęły wspinać się na górę…Co jakiś czas odpoczywały, wyglądały przez małe okienka, podziwiając okolicę, a widoki dodawały im otuchy…Kiedy były już na samym szczycie usłyszały szum wiatru i trzepot skrzydeł jakiegoś ptaka…przeszły na drugą stronę okrągłego murowanego pomieszczenia, stojącego pośrodku…Zobaczyły drzwi, a pod nimi siedzącego mnicha z białym krukiem na ramieniu…

Witajcie – skinął głową mnich…

Ola i Hala stchórzyły, przywitały się, ale zaraz zaczęły schodzić z powrotem na dół…

Eliza została sam na sam z niewidomym i z niewiadomą…Elizo – zwrócił się teraz tylko do niej. Tak? – spytała. Co ciebie tu przywiodło? Ciekawość – odparła – i nie dokończona opowieść, którą dawno temu słyszałam.

Cóż, te opowieści, nie mają ani początku, ani końca – rzekł mnich i dodał – Drzwi są otwarte, możesz wejść. Tak po prostu? – spytała. – Tak po prostu…

Drzwi zaskrzypiały i trochę się odchyliły, tak, aby przejście mogło zmieścić drobną osóbkę, jaką była Eliza. Dziewczyna powoli wsunęła najpierw dłoń i po chwili zniknęła cała jej postać…

…a po drugiej stronie…

była również wieża, inna, lżejsza…obie były połączone pomostem, który wydawał się być ze szkła…

Eliza sama stała się lżejsza…i mogła swobodnie się poruszać, przemieszczając się i unosząc, jak mgiełka …nie chciała wracać, tak wspaniale się tu czuła…ale…coś nie pozwoliło jej tu pozostać na dłużej…

Nagle znalazła się pod wieżą, gdzie czekały na nią przyjaciółki…w głębi serca słyszała tylko głos, że może wchodzić i wychodzić, kiedy tylko tego zapragnie…

Hala i Ola zaczęły wypytywać Elizę, co się wydarzyło, ale ona szła jak zaczarowana i nie umiała im nic odpowiedzieć…

Idźcie i zobaczcie same…tego się nie da opowiedzieć…

Monika Hebda