fractals-3254456_1280

Słońce i skała cz. 1

Pewien człowiek po ciężkiej pracy przysiadł na brzegu lasu, który graniczył z jego polem.Słonce już zachodziło, ale upał dawał się jeszcze we znaki. Popijał wodę patrząc, jak promienie przenikają skoszoną trawę, padają na kwiaty na pobliskiej łące i odbijają się w maleńkim strumyku płynącym nieopodal. Pomyślał – co za moc?! – promienie, jak złociste kłosy zbóż, żywe i gorące…skąd wiedzą…(?) Zanurzył się w swych rozmyślaniach…czy mają coś do powiedzenia…(?)…jak to jest…(?)…że… Wtem, tuż za nim poruszyło się drzewo. Lekki wiatr musnął delikatnie gałęzie, a siedzące na nim ptaki rozpostarły skrzydła i uniosły się w górę wysoko dotykając nieba. Odwrócił się by spojrzeć, co się dzieje. Usłyszał szept: „Jestem  w drzewie i w jego owocach,  jestem w słońcu i w każdym promyku, jestem w ptakach, jestem w niebie…Jestem w nich, a one we mnie. Jestem w tobie, a ty we mnie…rozpoznasz, a zrozumiesz…” Mimo upału i mocnej opalenizny, mężczyzna trochę zbladł…Nie przerażaj się, może to niecodzienna sytuacja dla ciebie, ale nic ci nie grozi – głos rozbrzmiał przyjaźnie. To twoje spokojne myśli przywołały i obudziły świat tajemnic, więc… Mam dla ciebie propozycję Lubomirze, rzekł głos: „przychodź codziennie o tej porze. Przychodź tak długo, jak tylko będziesz miał taką potrzebę. Każdego dnia możesz zadać mi jedno pytanie, a ja na każde odpowiem.  Jeśli wytrwasz, wszystko dla ciebie stanie się jasne.”

Kim jesteś? Zapytał zaciekawiony człowiek … – i to będzie twoje pierwsze pytanie – usłyszał, a potem dostrzegł i poczuł uśmiech w drzewie, w kwiatach na łące i w słońcu…i w sobie…

Skąd zna moje imię? – szeptem zapytał sam siebie..

Wszystko ucichło, a słońce z pięknym uśmiechem, powoli, chowając się za chmurami układało się do snu…

Pospiesznie wstał z miejsca swojego odpoczynku i szybkim krokiem popędził w stronę domu. W domu czekały na niego dwie córki, Lilia i Karina. Odkąd zmarła jego ukochana żona pociechy były pod jego opieką.
A jeszcze nie tak dawno cieszyli się niezmiernie z nowego domu, ogrodu, swojego pola i lasu. Porzucili miejski zgiełk i hałas dla ciszy, spokoju i zdrowia. Niestety Malwina, jego żona, odeszła nim zawitała wiosna i pojawiły się pierwsze pąki. Czasami, jak przez mgłę, widywał postać, przechadzającą się w oddali, na tle drzew i kwiatów w ogrodzie. Płynącą, niczym obłok, postać kobiety w białej sukni z rozwianymi, długimi, blond włosami. Tęsknił…

Zbliżał się już do domu. Wciąż nie rozstawał się z głosem, który usłyszał. Każde słowo rozbrzmiewało w nim, niczym dzwon w oddali, a jednak nie był on daleko, a gdzieś głęboko, głęboko w nim… Zastanawiał się, czy mógłby tą historią podzielić się z córkami, czy w ogóle z kimkolwiek.. Ale jednak nie, nie wszystko przecież wie… i ktoś mógłby pomyśleć, że rozum mu odebrało po stracie żony.

Wszedł do domu, gdzie z wielką radością przywitały go córki. Karina, starsza przygotowała pyszną kolację, taką jak lubił. Lilia, młodsza rzuciła się jemu na szyję, po czym zsuwając się powoli  z ogromnego barczystego taty, sprytnie wyjęła zawiniątko z kieszeni swojej sukienki i wcisnęła w jego ogromną dłoń. Lilia od urodzenia nie mówiła, a to co chciała przekazać tworzyła własnymi malutkimi rączkami. Zwykle były to przeróżne figury i kształty z papieru, plasteliny, kolorowych sznureczków, ale jakże to było wymowne…nie sposób było nie odgadnąć jej myśli, czy też jej próśb..

Lubomir odchylił lekko zaciśniętą dłoń, a w niej ujrzał zgnieciony papier w kształcie złocisto żółtej kuli…serce jego zadrżało i poczuł, jak jeden z promyków słońca głęboko rozgrzewa go od środka…

Cudowny wieczór już się kończył. Nadszedł czas na długi wypoczynek pod okiem srebrzystego księżyca..

cdn…

Monika Hebda

Udostępnij

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.