figure-4968208_1280

Widzieć więcej. Oczy kobiety.

      W małym pokoiku na poddaszu, w pół mroku, przy zapalonych kilku świecach, siedziała zamyślona Hania. Ze swoim swoistym spokojem oczekiwała na swojego gościa. Na dole w kuchni krzątała się jej babcia. Zapach pieczonej przez nią szarlotki roznosił się po całym domu. Tylko zapach, a jednak, choć odrobinę, koił wszystkie zmysły…

Jędrek zanim wszedł przywitał się z babcią przez okno, cichutko zapukał, żeby jej nie wystraszyć i z szerokim uśmiechem pokazał swoją nową rzeźbę. Po czym wbiegł do domu, prosto do kuchni, wręczył babci wyrzeźbionego w drewnie ptaka o niezwykle pięknych unoszących go skrzydłach.
– Jak żywy – spostrzegła babcia. Uściskał ją mocno.
– Hmmm…jak pachnie…- rozkoszował się zapachem Jędrek.
– To później – rzekła babcia.
– A gdzie Hania? – spytał.
– Jest u siebie w pokoju na poddaszu – mówiąc to smutek pojawił się na jej twarzy.
– Coś się stało? – zaniepokoił się Jędrek.
– Porozmawiaj z nią sam – odpowiedziała niezwykle wzruszona i ze łzami w oczach.
Jędrek szybko pobiegł schodami na górę.
Zatrzymał się tuż przed drzwiami i ogarnął go dziwny lęk, niepokój przeszył jego serce. W końcu zapukał.
– Wejdź Jędrek, wiem, że już od dłuższej chwili tam stoisz – usłyszał.
– Babcia ci już powiedziała? – spytała Hania.
– Nie, ale zobaczyłem smutek w jej oczach… – mówił wchodząc do pokoju.
Usiadł przy niej niezwykle poruszony niecodzienną sytuacją. Zwykle witała go już na progu domu. Zawsze pełna radości, ze śmiejącymi się oczami i cudownymi różowymi, świeżymi wypiekami na policzkach.
– Mogę włączyć światło? Chciałem ci coś pokazać – spytał Jędrek.
– W porządku – spokojnie odpowiedziała Hania.
Jędrek podszedł do włącznika obok drzwi, odwracając się zatrwożył go widok, który ujrzał. Ten pokój, to też była pracownia Hani…wszędzie leżały zniszczone rzeźby, podarte rysunki…została tylko jedna największa rzeźba, przedstawiająca kobietę podnoszącą się z ziemi i zdejmującą opaskę z oczu. Jędrek zaniemówił…
– Pokaż…coś chciałeś pokazać… i zgaś światło – drżącym głosem powiedziała Hania.
Jędrek zaczął rozwijać rulon papieru, który trzymał w ręku.
– Zobacz, to twój plakat i list od komisji, wygrałaś konkurs – odparł nieco zmieszany.

Plakat przedstawiał, na błękitnym tle, z różnymi odcieniami bieli, wstążkę, w dostojnym ruchu, jakby swoją mocą, ale też niezwykłą delikatnością otulała niezliczoną ilość biało niebieskich postaci w tle. W niezwykle oryginalnie ułożonej grafice można było odczytać trzy słowa: Miłość. Mądrość. Moc.

– Nic nie widzę, tracę wzrok – prawie szeptem powiedziała Hania – Zgaś już to światło, proszę.
Znów zapadł półmrok.
– Bolały mnie oczy, widziałam, jak przez mgłę, postanowiłam pójść do okulisty. Okazało się, że tracę wzrok. Lekarz powiedział, ze to nieodwracany proces…

– Haniu, nie wiem, co powiedzieć, ale to niemożliwe, musi być jakieś wyjście… nie zgadzam się, musi być wyjście – wykrztusił wreszcie z siebie Jędrek.
– W głębi serca mam taką nadzieję – odparła.
– Tak spokojnie to mówisz… – zauważył.
– To dzięki babci, jej mądrość zawsze mnie zadziwiała. Usiadłyśmy na ganku i zamiast załamywania rąk i płaczu, usłyszałam słowa, które nie tyle dodały mi otuchy, co uniosły wyżej i wyżej…
– Co to za słowa? – spytał zaciekawiony Jędrek.
– …że w życiu nic nie ma pewnego, a wszystko może się zmienić w mgnieniu oka i że wszystko przemija, a załamanie, to chwila na poukładanie swoich myśli, czymkolwiek to załamanie nie jest…

Jędrek przytulił mocno Hanię. Dał tyle, ile mógł dać w tej jednej chwili. Tak naprawdę oboje jeszcze nie rozmieli…wszystko zdawało się takie kruche, życie, pasja i miłość do tego, co się robi, radość zamieniająca się w ogromny smutek i ból, i ogromny ból serca…

      Minęło kilka miesięcy…spędzili je na poszukiwaniu lekarzy, niezliczonych badań…ta podróż okazała się być bezcelową…w tym czasie odeszła też już babcia, pozostawiając jedynie po sobie całe mnóstwo mądrości, które dawniej skrupulatnie notowała Hania w małym zeszyciku…

Pewnego popołudnia, Hania, będąc sama w domu postanowiła wejść do swojej pracowni, nie było jej tam bardzo, bardzo długo. Po omacku, pomagając sobie dotykiem rąk, powoli weszła do pokoju i badała rękami wszystkie pozostałe tam przedmioty. Doszła do rzeźby kobiety, której nie ukończyła…
Usiadła przy niej na stołeczku, tak jak dawniej… i dotykiem kończyła swoje dzieło…
”trudne doświadczenia nie zabiją, a czynią człowieka silniejszym”, nagle usłyszała, jakby w tyle głowy…łzy same płynęły…smutek i żal, radość i uśmiech, nawzajem się przewijały w jej sercu i w głowie…płakała i rzeźbiła wyobraźnią…płakała i rzeźbiła…

Do pokoju wszedł Jędrek…usłyszała jego kroki i zwróciła swój wzrok w jego stronę…

Załzawione oczy zobaczyły jego postać, tak, jak dawniej…oczy zobaczyły…a serce zadrżało…

Monika Hebda

Udostępnij

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.