Odkryj Siebie.
O przenikaniu się światów

Monika Hebda

Strefa wolna od wyroków i uprzedzeń.
Wolność od…

     Miałam ostatnio sen. I jak to we śnie, nie miałam pojęcia, jak i dlaczego znalazłam się właśnie w tym miejscu. Przede mną jedna droga, piaszczysta, wijąca się droga w środku lasu, prowadząca do zagrody. Jakby wskazówka, kierunek, dokąd mam podążać. Wiedziałam, czułam, że muszę tam wejść, pozbierać jakieś zioła i szybko zawrócić… Drewniana brama była lekko uchylona… Śmiało weszłam na teren pełen zieleni, krzewów, kwiatów i drzew. Skierowałam kroki w jedno miejsce. Nigdy tu wcześniej nie byłam, a mimo to bez przeszkód odnalazłam to, po co przyszłam. Gdy już prawie koszyk był pełen ziół, nagle, w oddali, pojawiły się dwa psy, jeden większy, jak wilk ( a może to był wilk ?! ), drugi mały, śmiesznie kicający, jak zając, choć jestem przekonana, że nim nie był. Większy naostrzył kły i z przerażającą prędkością uskutecznił bieg w moim kierunku. Błyskawicznie się podniosłam i zaczęłam uciekać w stronę wyjścia. Będąc już przy bramie przewróciłam się na ziemię, a on prawie mnie już dopadł… I jak to we śnie się zdarza, ogarnia nas bezsilność, nic nie można zrobić, ten bezruch obezwładnia całe nasze ciało. Jednak coś mi mówiło, że tym razem, że właśnie teraz pokonam…tę niemoc… te ograniczenia. Można sobie tylko wyobrazić, jaki to był wysiłek – bez wysiłku…i całą sobą, z wielką determinacją, choć wydawało się, że trwało to wieczność i było niemożliwością…w ostatniej chwili, gdy już prawie pies wbijał swoje zęby w moją nogę…zamknęłam bramę… I jak gdyby nigdy nic wstałam, podniosłam koszyk i znalazłam się na drodze, która mnie tu przywiodła, zostawiając wszystko za sobą…bez strachu, bez przejęcia, bez drżenia serca… Szłam spokojna, a obok mnie, ni stąd, ni zowąd pojawił się, już całkiem przyjazny pies, który nie tak dawno chciał mnie pożreć, a za nim mały niby zając… Szliśmy i… szliśmy tak razem, jak starzy przyjaciele…Obudziłam się, a może w ogóle ja nie śniłam…(?)

      I cóż takiego nadzwyczajnego jest w tym śnie. Sen, jak sen. Niby nic, a jednak… pod warunkiem, że nie pokusimy się o jego interpretację, a skupimy na odczuwaniu, to jednak coś w nim jest… Bez względu na to, czy to jawa, czy sen, w moim pojęciu, w jednym i drugim przypadku, czegoś doświadczamy, coś przeżywamy…w jednym i drugim przypadku rzeczy, które się dzieją są tak realne i rzeczywiste w naszym mniemaniu, że nie odróżniamy, czy to jawa czy sen. Bo te różnice w rzeczy samej nie istnieją.
Zdarza się też, że pewne zdarzenia, jak na przykład latanie, czy inne doznania, z którymi nasz umysł nie miał do czynienia w świecie materii, to określa je jako nadprzyrodzone. A to, co wydaje się nam nadprzyrodzone, to tylko zmysły, przez nas jeszcze nie rozpoznane… a właściwe zapomniane, po prostu nieużywane…

Ale wracając do doświadczeń i przeżyć, dzięki którym uczymy się i poszerzamy naszą świadomość, jeśli zdajemy sobie sprawę, że właśnie tak to jest.
Otóż przy założeniu, że cała gama emocji użyta przy każdym z naszych doświadczeń, wyłania się i decyduje o każdym jego przebiegu, a i też efekcie końcowym, to wnioskuję, iż to właśnie one (emocje) mogą nami kierować. Jak to się mówi biorą „górę” nad nami. Bezmyślnie poddając się mechanizmowi projekcji, pozwalamy, nieświadomie rzecz jasna, na zawładnięcie każdym elementem naszego życia, a wręcz stajemy się ową emocją, a przecież nią nie jesteśmy… Kim, czym zatem jesteśmy?! I czego tak naprawdę jesteśmy świadomi?!

Tak, czy inaczej, ten wbrew pozorom, w sumie dobrze kończący się sen, to nic innego, jak psychologiczny, można by rzec, „zabieg” wewnętrznej przemiany. „Zabieg” wskazujący na przekierowanie uwagi wyłącznie na odczuwanie i obserwowanie zdarzenia, z miejsca, skąd właśnie czerpiemy moc.
To taka strefa wolna od uprzedzeń i wyroków, bez osądzania sytuacji, bez skazywania siebie na porażkę, bez osiągania czegoś, bez wątpliwości…etc…
Inaczej wolność od pojęć i wyobrażeń… wolność od lęku, strachu i innych emocji i… też myśli…za którymi podąża energia i materializuje wszystko, co zostało „pomyślane”…

Monika

Zagubieni cz. 2

   Życie w osadzie kwitło, tak jak to zapowiedziała Królowa Elfów. Pojawiali się nowi przybysze, jakby znikąd, ale już nikt nie zwracał na to szczególnej uwagi. Wszyscy z radością przyjmowali gości, którzy z czasem stawali się mieszkańcami, tworząc już nie maleńką osadę, ale większą wioskę.
Trzy księżniczki wraz ze swoimi mężami i małą Lili zapomnieli też o tym, o czym zapomnieli i stali się nierozerwalną częścią społeczności, którą zresztą, mimo woli, sami zapoczątkowali. A tajemnica okoliczności, w której się znaleźli, nadal pozostawała wielką tajemnicą.

   Eliasz bacznie obserwował co się dzieje, jednocześnie spisując wszystkie zdarzenia, jak nadworny kronikarz, ale nie tylko…prowadził też długie rozmowy, snuł opowieści o przyrodzie, jej niezwykłej różnorodności. Zasiewał słowami ziarna i ze spokojem przyglądał się, jak zapuszczają korzenie, zaczynają kiełkować, aby w odpowiedniej chwili pojawiły się pąki i w każdym rozwinął się kwiat.
Jedną z osób, które zagościła na dobre w wiosce wraz ze swoimi córkami, i z którą Eliasz najwięcej spędzał czasu, była Switłana.
Switłana wyglądem przypominała dobrą wróżkę, zawsze świeża i urokliwa, swoim blaskiem i uśmiechem olśniewała każdy poranek. Zajmowała się ziołami, ale nie było to wyłącznie ziołolecznictwo. Uprawiała też len i konopie, z czego, oprócz jedzenia i medykamentów, wraz z córkami, tkała płótna i szyła ubrania, głównie suknie dla kobiet i obszerne długie koszule dla mężczyzn.
Switłana i Eliasz dobrze rozumieli zmienność pór roku, co mówią drzewa i o czym ćwierkają ptaki…

   Pewnego ranka, na ramieniu Switłany usiadł biały gołąb, za nim nadleciały inne ptaki, głośno hałasując.
– Uciszcie się – z przejęciem powiedziała – niech jeden coś powie.
– Zbliżają się, zbliżają … – ćwierkał jeden z nich.
– Któż taki? – pyta Switłana.
– Czterej jeźdźcy z Królestwa Eddy – usłyszała z oddali.

Swietłana pobiegła do Eliasza. Jednak zanim dotarła, biegnąc jeszcze prze plac, na którym stała nowo wybudowana studnia, jeźdźcy już wjechali i zatrzymali się tuż obok niej. Jeden z nich zsiadł z konia i podszedł do niej i kłaniając się spytał właśnie o Eliasza.
– Poszukujemy podróżnika o imieniu Eliasz – powiedział, będąc przekonanym, że właśnie tu przebywa.
– Tak, jest tutaj z nami – odparła Switłana.
W tejże chwili pojawił się Eliasz. Słyszał rozmowę i pospiesznie zbliżył się do przybyszów.
– Jestem, czym mogę służyć? – spytał.
– Witaj Eliaszu, Król Frejr chce cię widzieć. Mamy rozkaz eskortować cię do zamku. Część waszej wioski znajduje się pod jego jurysdykcją. Druga zaś część…a o tym porozmawiasz już z królem – odrzekł tajemniczo.
Eliasz znał króla Frejr, ale raczej z opowieści. Słyszał również o samym królestwie Eddy i królowej Gerdzie, ale nie sądził, że zatrzymał się aż tak blisko…a już nie przypuszczał, że mógłby znaleźć się na królewskim zamku. Bardzo był podekscytowany tym faktem, że aż zapomniał o swojej roztropności i o tym, że miał sprawować pieczę nad całą społecznością.
Nagle zza pobliskiego drzewa wybiegła śpiewająca Lili. Lili miała już siedem lat. Śliczna i kolorowa, jak nie jeden kwiat o błękitnych oczach, jak oceany i włosach jasnych, jak łany złocistego zboża, połyskujące promieniami słońca.
Wszyscy zamilkli skierowawszy wzrok na Lili. Lili trzymała w jednym ręku bukiet polnych kwiatów, a w drugim swoją ulubioną szmacianą lalkę. Niewiele myśląc podbiegła do przybysza rozmawiającego z Eliaszem i podarowała mu lalkę.
– Proszę, to dla Gerdy – odparła śpiewającą.
Zdumiał się Eliasz i pozostali, skąd wiedziała o królowej Gerdzie?
Podbiegła Ava i zabrała dziewczynkę do szałasu.
Rycerz schował lalkę, poprosił, żeby Eliasz spakował najpotrzebniejsze rzeczy, bo już muszą ruszać w drogę powrotną.
Jeden z jeźdźców zostaje na miejscu, a ty wsiadasz na jego konia. W drogę! – krzyknął.

Odjechali pozostawiając po sobie chmurę kurzu.

Cdn…

Monika Hebda

Zagubieni

    Nadchodził już zmierzch. Eliasz szedł już dość długo przez las, szukając bezpiecznego miejsca do spoczynku. Wreszcie w oddali, między drzewami dostrzegł migające światełko. Poczuł ulgę i skierował swoje kroki w jego stronę. Zbliżając się usłyszał dobiegający hałas z miejsca, do którego podążał. Jak się okazało, gdy podszedł bliżej, kilka osób, dokładnie trzech mężczyzn, podniesionymi głosami zawzięcie dyskutowało między sobą. Trzy kobiety siedziały cicho, wpatrując się w ogień. Jedna z nich tuliła maleńkie dziecko w swoich ramionach…
Nikt go nawet nie spostrzegł, gdy usiadł przy ognisku. W końcu się odezwał, witając się ze wszystkimi. I nastała konsternacja i wszyscy zaniemówili ze zdziwienia.
– Skąd się tu wziąłeś? – po długiej ciszy, zapytał jeden z mężczyzn.
– Z lasu – odparł Eliasz.
– Z lasu? A konkretnie? – dopytywał.
– Konkretnie, jestem wędrowcem, przemierzającym świat. Zamiast słuchać opowieści innych, postanowiłem sam go poznać. Badam, obserwuję, a potem wszystko spisuję. Wzrokiem pokazał na swój pokaźny bagaż, z którego wystawały zwoje papirusu.
– Tak? Ciekawe?! Jestem Adam – powiedział mężczyzna podając dłoń przybyszowi.
– Eliasz – opowiedział wędrowiec.
– To jest Eryk i Kacper, a to Julia, Maria, Ava i maleńka Lili.
– Nie wiemy, skąd jesteśmy, jak długo już tu jesteśmy, nie wiemy, jak się tu znaleźliśmy, nie wiemy, jak stąd się wydostać… Nie tak dawno przywitaliśmy na świecie Lili – kontynuował z przejęciem Adam.
– W porządku – rzekł Eliasz, unosząc dłoń i próbując zatrzymać słowotok Adama – ale pamiętacie swoje imiona – to jest już jakiś trop.
– Żaden – odparł Adam – i nagle pojawiasz się ty, ale nie… jest ktoś lub coś, co nam pomaga – odkąd urodziła się Lili, znajdujemy w okolicy jedzenie i ubranka dla niej, jakby…no nie wiem, ktoś to zaplanował? – nie przestaje mówić.
– Adam, przestań – uspokoiła go Ava, wstając z dzieckiem i oddalając się do jednego z szałasów.
– Tak, pobudowaliśmy trzy szałasy, niedaleko jest strumyk, a my możemy poruszać się jedynie w promieniu około dwóch kilometrów, od tego miejsca, w każdą stronę – kontynuował Adam.
– A co się dzieje, że dalej nie można przejść? – zapytał Eliasz.
– Nic szczególnego, natychmiast, jakimś cudem znajdujemy się z powrotem w tym miejscu. I tak w kółko – odpowiada bezradny Adam.
– Jestem zmęczony, prześpijmy się, a rano spróbujemy rozwikłać tą waszą zagadkę – ze spokojem powiedział – Eliasz.
Adam przygotował miejsce dla gościa obok swojego szałasu i wszyscy udali się na spoczynek.

    Noc była piękna, gwieździsta, a księżyc tak mocno świecił, że swym blaskiem rozświetlał całą polanę, na której znajdowała się ta maleńka osada.
Nagle, w środku nocy, Eliasza obudził szelest liści nad jego głową. Usiadł na swoim posłaniu i rozejrzał się dookoła. Spojrzał jeszcze raz i jeszcze raz i wreszcie dostrzegł w oddali siedzącą na pniu kobietę w srebrnej zbroi.
Kobieta skinieniem ręki poprosiła, żeby się zbliżył. Eliasz wstał i podszedł do tajemniczej postaci.
– Usiądź – powiedziała i wskazała mu miejsce.
– Eliaszu, my się już znamy – rzekła i z uśmiechem spojrzała w jego oczy.
– Królowa Elfów – krzyknął Eliasz.
– Cichooo, bo wszystkich zbudzisz – szepnęła do jego ucha.
– Nie przypadkiem tu się znalazłeś – spieszyła z wyjaśnieniem. Ci ludzie, których tu spotkałeś, to trzy królewskie siostry i ich mężowie. A dziecko, Lili jest pod szczególną ochroną. Musieliśmy ukryć wszystkich.
– Kto, my? – spytał Eliasz.
– Cały nasz niewidzialny świat – rzekła królowa.
– Rozumiem, ale co chodzi z Lili? – zaciekawiony pytał dalej.
– Lili, jak dorośnie, zostanie królową na Ziemi, ale nie w takim rozumieniu, jakby dzisiaj odebrał to świat. Ona zapoczątkuje nową erę pokoju. A może tego dokonać jedynie będąc człowiekiem i wychowując się i dorastając w ziemskich warunkach. Nie możemy za bardzo ingerować, ale możemy stwarzać okoliczności, w których będzie dorastała i rozwijała się.
– A co ja mam z tym wspólnego? – zapytał Eliasz.
– Bądź ich nauczycielem i przewodnikiem, wskazuj drogę i stwórz warunki kochającej się społeczności. Będą pojawiać nowi przybysze. Niech zadomowią się i niech organizują tu sobie życie. Będziecie rośli w siłę. A gdy przyjdzie czas, a jest on nieunikniony, nadejdą wielkie zawieruchy i huragany. Dotknie to i was, ale ty tu będziesz…i ona też…

Słońce promieniami ogrzewało twarz Eliasza, przebudził się nie wiedząc, czy to jawa, czy sen, czy rzeczywiście spotkał się z Królową Elfów. Przetarł oczy i poszedł do strumyka. Myjąc się w odbiciu zobaczył jeszcze raz Królową i usłyszał jej potężny głos: „mądrość i odwaga”.

A więc nie był to sen.

cdn…

Monika Hebda

Widzieć więcej. Oczy kobiety.

      W małym pokoiku na poddaszu, w pół mroku, przy zapalonych kilku świecach, siedziała zamyślona Hania. Ze swoim swoistym spokojem oczekiwała na swojego gościa. Na dole w kuchni krzątała się jej babcia. Zapach pieczonej przez nią szarlotki roznosił się po całym domu. Tylko zapach, a jednak, choć odrobinę, koił wszystkie zmysły…

Jędrek zanim wszedł przywitał się z babcią przez okno, cichutko zapukał, żeby jej nie wystraszyć i z szerokim uśmiechem pokazał swoją nową rzeźbę. Po czym wbiegł do domu, prosto do kuchni, wręczył babci wyrzeźbionego w drewnie ptaka o niezwykle pięknych unoszących go skrzydłach.
– Jak żywy – spostrzegła babcia. Uściskał ją mocno.
– Hmmm…jak pachnie…- rozkoszował się zapachem Jędrek.
– To później – rzekła babcia.
– A gdzie Hania? – spytał.
– Jest u siebie w pokoju na poddaszu – mówiąc to smutek pojawił się na jej twarzy.
– Coś się stało? – zaniepokoił się Jędrek.
– Porozmawiaj z nią sam – odpowiedziała niezwykle wzruszona i ze łzami w oczach.
Jędrek szybko pobiegł schodami na górę.
Zatrzymał się tuż przed drzwiami i ogarnął go dziwny lęk, niepokój przeszył jego serce. W końcu zapukał.
– Wejdź Jędrek, wiem, że już od dłuższej chwili tam stoisz – usłyszał.
– Babcia ci już powiedziała? – spytała Hania.
– Nie, ale zobaczyłem smutek w jej oczach… – mówił wchodząc do pokoju.
Usiadł przy niej niezwykle poruszony niecodzienną sytuacją. Zwykle witała go już na progu domu. Zawsze pełna radości, ze śmiejącymi się oczami i cudownymi różowymi, świeżymi wypiekami na policzkach.
– Mogę włączyć światło? Chciałem ci coś pokazać – spytał Jędrek.
– W porządku – spokojnie odpowiedziała Hania.
Jędrek podszedł do włącznika obok drzwi, odwracając się zatrwożył go widok, który ujrzał. Ten pokój, to też była pracownia Hani…wszędzie leżały zniszczone rzeźby, podarte rysunki…została tylko jedna największa rzeźba, przedstawiająca kobietę podnoszącą się z ziemi i zdejmującą opaskę z oczu. Jędrek zaniemówił…
– Pokaż…coś chciałeś pokazać… i zgaś światło – drżącym głosem powiedziała Hania.
Jędrek zaczął rozwijać rulon papieru, który trzymał w ręku.
– Zobacz, to twój plakat i list od komisji, wygrałaś konkurs – odparł nieco zmieszany.

Plakat przedstawiał, na błękitnym tle, z różnymi odcieniami bieli, wstążkę, w dostojnym ruchu, jakby swoją mocą, ale też niezwykłą delikatnością otulała niezliczoną ilość biało niebieskich postaci w tle. W niezwykle oryginalnie ułożonej grafice można było odczytać trzy słowa: Miłość. Mądrość. Moc.

– Nic nie widzę, tracę wzrok – prawie szeptem powiedziała Hania – Zgaś już to światło, proszę.
Znów zapadł półmrok.
– Bolały mnie oczy, widziałam, jak przez mgłę, postanowiłam pójść do okulisty. Okazało się, że tracę wzrok. Lekarz powiedział, ze to nieodwracany proces…

– Haniu, nie wiem, co powiedzieć, ale to niemożliwe, musi być jakieś wyjście… nie zgadzam się, musi być wyjście – wykrztusił wreszcie z siebie Jędrek.
– W głębi serca mam taką nadzieję – odparła.
– Tak spokojnie to mówisz… – zauważył.
– To dzięki babci, jej mądrość zawsze mnie zadziwiała. Usiadłyśmy na ganku i zamiast załamywania rąk i płaczu, usłyszałam słowa, które nie tyle dodały mi otuchy, co uniosły wyżej i wyżej…
– Co to za słowa? – spytał zaciekawiony Jędrek.
– …że w życiu nic nie ma pewnego, a wszystko może się zmienić w mgnieniu oka i że wszystko przemija, a załamanie, to chwila na poukładanie swoich myśli, czymkolwiek to załamanie nie jest…

Jędrek przytulił mocno Hanię. Dał tyle, ile mógł dać w tej jednej chwili. Tak naprawdę oboje jeszcze nie rozmieli…wszystko zdawało się takie kruche, życie, pasja i miłość do tego, co się robi, radość zamieniająca się w ogromny smutek i ból, i ogromny ból serca…

      Minęło kilka miesięcy…spędzili je na poszukiwaniu lekarzy, niezliczonych badań…ta podróż okazała się być bezcelową…w tym czasie odeszła też już babcia, pozostawiając jedynie po sobie całe mnóstwo mądrości, które dawniej skrupulatnie notowała Hania w małym zeszyciku…

Pewnego popołudnia, Hania, będąc sama w domu postanowiła wejść do swojej pracowni, nie było jej tam bardzo, bardzo długo. Po omacku, pomagając sobie dotykiem rąk, powoli weszła do pokoju i badała rękami wszystkie pozostałe tam przedmioty. Doszła do rzeźby kobiety, której nie ukończyła…
Usiadła przy niej na stołeczku, tak jak dawniej… i dotykiem kończyła swoje dzieło…
”trudne doświadczenia nie zabiją, a czynią człowieka silniejszym”, nagle usłyszała, jakby w tyle głowy…łzy same płynęły…smutek i żal, radość i uśmiech, nawzajem się przewijały w jej sercu i w głowie…płakała i rzeźbiła wyobraźnią…płakała i rzeźbiła…

Do pokoju wszedł Jędrek…usłyszała jego kroki i zwróciła swój wzrok w jego stronę…

Załzawione oczy zobaczyły jego postać, tak, jak dawniej…oczy zobaczyły…a serce zadrżało…

Monika Hebda

Światy

To niecodzienne spotkanie odbyło się na patio, w domu Michała. Dom otwarty na gości, zawsze pełen przewijających się ciekawych postaci. Młodzi artyści, poeci, pisarze, malarze…
Ale tego wieczoru do Michała zajrzała tylko Malwina. Weszła, przepłynęła salon, jak duch, rzuciła jedynie – „Cześć”… i zapadła się w fotelu na zewnątrz, tonąc w blasku zachodzącego słońca.
Cześć – odrzekł rozbawiony Michał. Chciał nawet uwiecznić ten moment zrobieniem zdjęcia, ale nie zdążył, tak szybko przemknęła przed jego oczami. Podążył za nią na patio.
– Cóż za wejście Malwa – zagaił Michał, siadając obok niej na skórzanej pufie.
– Płynę – odparła tajemniczo.
– Dokąd? – spytał szeptem.
– W przestworza – odpowiedziała wpatrując się w niebo.
– Chcesz spróbować? – kontynuowała, nie odrywając oczu od skłębionych różowo niebieskich chmur z jeszcze jednym przeciskającym się przez nie promykiem słońca.
– Czego spróbować? – zapytał Michał.
– Podróży do światów.
– Malwa, dobrze się czujesz?
– Najlepiej, lepiej niż mogłabym sobie to wyobrazić. Promienny uśmiech nie schodził jej z ust.

Wyobraź sobie, że biorę ciebie właśnie za rękę i unosimy się wysoko ponad ten dom, las, okolicę i jeszcze wyżej i jeszcze wyżej. Widzisz jak ziemia zostaje daleko za nami, mamy ją pod stopami. Widzimy piękną mieniącą się kulę daleko, daleko pod nami…
– W porządku, unoszę się, widzę… – bardzo cicho, z przejęciem oznajmił Michał.
Poddał się biegowi zdarzeń, wewnętrznej wędrówce do światów zapomnianych, jak to zwykle mawiała Malwina.
Przebrnęli przez szarą mgłę, a wynurzając się z niej, znaleźli się w przestrzeni pełnej gwiazd, mgławic i niezliczonej liczby planet. Ujrzeli miliony mieniących się barw, miliony świateł i miliony różnorakich kształtów. Zbliżyli się do jednej z planet o niezliczonych odcieniach soczystej zieleni.
Michał postanowił na niej się zatrzymać… i wylądowali w środku aksamitnego gąszczu, niesamowitej okazałej dżungli…Zaczęli iść wzdłuż lasu, droga sama się torowała, tak jak wiatr swoim podmuchem odgarniałby drzewa, krzewy i liście, tym samym budząc uśpione kolorowe ptaki, które podrywały się do lotu, tworząc gigantyczne latawce na niebie. Doszli do góry, zielonej, pokrytej gęstą soczystą trawą.
– Wiesz, nie lubię leżeć na trawie, ale teraz tego zapragnąłem – oznajmił Michał.
– Zrób to – krzyknęła Malwina.
– Jest przyjemnie. Nie zdawałem sobie sprawy, że to może być tak przyjemne – rozmarzył się, a na dodatek ujrzał nad sobą nieskazitelne, bez żadnej chmurki, niby błękitne, ale czy błękitne (?), no tak… błękitne niebo…
– Wracamy? – zapytała Malwa
– Nie polećmy gdzieś jeszcze – odparł.
Podnosząc się zobaczył coś ogromnego, co przeleciało na jego głową.
– Ptak? – głośno zastanowiła się Malwa.
– Nie, to smok – odpowiedział Michał
– Jaki smok, nie no, daj spokój.
– A właśnie, że tak – krzyknął.
Stanął przed nim, unosząc się w powietrzu, rzecz jasna i zapytał co tu robi. Smok, bardzo sympatyczny z ogromnymi oczami spojrzał niedbale, coś tam pod smoczym nosem szepnął i odleciał. Zniknął rozpływając się w w wachlarzu przenikających się kolorach świateł.

Wracamy – stanowczo oznajmiła Malwa.

I w jednej chwili znaleźli się na patio, na tych samych miejscach i oboje wpatrzeni w niebo.

Monika Hebda

Przewodnik

Maks kończył pracę, spoglądał nerwowo na zegarek, zastanawiając się przy tym, jak najszybciej dojechać na umówione spotkanie. Nie widział Roberta dobrych parę lat, znali się jeszcze ze studiów, ale tyle się już zmieniło…Właściwie telefon od niego był nie lada zaskoczeniem…Czy w ogóle miał ochotę na to spotkanie?!

Spakował w końcu swoje rzeczy do plecaka i udał się na parking do samochodu. Dość długo jechał przez zakorkowaną Warszawę, ale był na czas. Podjechał pod starą małą willę, stojącą pośród pięknego starodrzewia. Drzwi do domu stały szeroko otwarte…Przeszedł niewielką alejkę kwiatową i wszedł do środka…

Robert stał tuż za drzwiami, przywitał Maksa i zaprosił go do salonu. Okazało się jednak, że nie są sami…Wokół starego, niskiego, okrągłego drewnianego stołu na skórzanych fotelach siedziało już kilka osób, dwóch mężczyzn w średnim wieku i jedna dużo starsza kobieta, w okularach i wytwornym kapeluszu na głowie. Jak się okazało, to właśnie ona była inicjatorką spotkania, jak i główną prowadzącą. Gdy Maks z Robertem pojawili się, zapadła wymowna cisza. Po chwili kobieta uniosła się lekko z fotela…

– Zapraszam, proszę zająć wygodne miejsce – z uśmiechem powiedziała i jednoznacznym gestem ręki wskazała na wolne miejsca przy stole.
Wszyscy usiedli.
– Przepraszam, co to za spotkanie? – spytał zdezorientowany Maks. Miał się przecież spotkać tyko z Robertem.
– Proszę się nie niepokoić – usłyszał jeden męski głos – zaraz wszystkiego się pan dowie.
– Mam nadzieję – odrzekł Maks, spoglądając z niewielkim grymasem na Roberta.

Nagle poczuł chłód wokół siebie, aż przeszył go niezbyt przyjemny dreszcz. Poczuł czyjąś obecność, obecność czegoś niewidzialnego, przenikającego i z wyraźnie lodowatym oddechem.
Ale nie zdążył się temu przyjrzeć, bo został zaabsorbowany dalszym ciągiem rozmowy.

– Poprosiliśmy Roberta, żeby się z panem skontaktował, gdyż z naszych obserwacji wynika, że jest pan blisko z osobą, która ma niezwykłe predyspozycje i niezwykłe jeszcze nie ujawnione zdolności. Badamy nadprzyrodzone zjawiska, jednak nie zawsze jest możliwe bezpośrednio zaprosić do współpracy osoby uzdolnione w tej dziedzinie. A takich właśnie osób poszukujemy do naszych badań.
– Ma pani na myśli moją żonę? – dopytywał Maks.
– Tak, pana żona – potwierdziła kobieta – ale sprawa jest na tyle delikatna – kontynuowała – że poza panem nikt nie ma do niej dostępu i tylko pan może jej pomóc w uzyskaniu przez nią swoich mocy, zresztą pan również takowe posiada – stwierdziła.
– Co to oznacza i co miałbym zrobić? – zapytał.
– Po tym spotkaniu, poczuje pan, jakie ma pan możliwości, nadprzyrodzone zdolności…można rzec, że jest pan wybrańcem – uśmiechnęła się ironicznie. A to, co może pan zrobić, to przekonać żonę, aby zaczęła panować nad swoimi zdolnościami, ale przedtem musi pan zrobić wszystko, wszelkimi metodami, aby pozbyła się swojej egoistycznej natury – odpowiedziała kobieta w kapeluszu – a następnie przywiedzie ją pan tu do nas – zakończyła.
– Jakimi metodami? I poco miałbym ją tu sprowadzać? – spytał i jednocześnie się zadumał.
Pytania się mnożyły, te wypowiedziane i niewypowiedziane, ale rola wybrańca mimo całej tej zagadkowej sytuacji coraz bardziej przypadała mu do gustu.

Robert się tylko uśmiechał, jakby wiedział…jakby podążał za każdą jego myślą.
– Wskazówki będziesz otrzymywał na bieżąco, w zależności od sytuacji, tym się nie martw – odpowiedział Robert.
– Już późno, wracaj do domu, żeby żona nie nabrała podejrzeń, a ja będę z tobą w bezustannym kontakcie, samo się wszystko wyjaśni – skwitował rozbawiony.
– Tak, na mnie już pora – pożegnał się Maks. Wyszedł, wsiadł do auta i odjechał.

Maks jechał powoli, w głowie kołatały się myśli, ale mimo niejasności coraz bardziej przyzwyczajał się do swojej nowej roli. Jeszcze dobrze nie zaczął, a już zapragnął być strażnikiem „w słusznej sprawie”. W tej samej chwili, jak o tym pomyślał poczuł potworny ból w okolicach serca, zatrzymał samochód na poboczu. Oddechy nie pomagały…właściwie nie mógł już oddychać. Poczuł, jak coś niewidzialnego przeniknęło go dogłębnie. Po dłuższej chwili zaczął  już łapać oddech, coraz większy i większy. Uspokoił się…ból minął…Odetchnął, ale ten fakt w ogóle go nie zastanowił i nie zrobił na nim żadnego wrażenia. Ruszył w drogę, jakby nigdy nic…

Dojechał do domu. Zajrzał do sypialni, Róża już spała, a on sam długo jej się przyglądał, nie wiedząc sam jeszcze do końca, czemu to wszystko ma służyć. Ale był niezwykle podekscytowany. Gdyby chodziło o inne sprawy zapewne by ją obudził i podzieliłby się wrażeniami ze spotkania. Ale nie tym razem…

Rano w skrzynce już miał maila od Roberta z pierwszymi wskazówkami. I znów nie odczuł nic niepokojącego, wręcz widział w tej grze świetną zabawę.

„Na początek staraj się jak najwięcej słuchać bardzo głośnej muzyki” – czytał z uwagą maila – „o każdej porze dnia, a nawet nocy. W przerwach pomiędzy słuchaniem głośnej muzyki, zacznij medytować przy spokojnej muzyce, w słuchawkach. Twoja żona będzie totalnie zdezorientowana, co tak naprawdę się dzieje… i o to właśnie chodzi – dodał uśmieszek. Rób tak, dopóki nie przekażę ci kolejnych informacji”.

Róża właśnie się obudziła, pospiesznie zamknął komputer i zaczął przygotowywać kawę. Już podczas picia kawy włączył głośno muzykę. Zwykle pili poranna kawę w ciszy i spokoju, no ale tym razem… zwyczaje zaczęły się zmieniać…
Dni mijały, Róża chodziła coraz bardziej rozdrażniona. Rozmowy i jej prośby nic nie dawały. Ze strony Maksa coraz bardziej wiało przenikliwym chłodem.
Pewnego dnia otrzymał kolejnego maila. Tym razem Robert napisał właściwie tylko jedno zdanie „codziennie o drugiej, trzeciej w nocy zaproponuj jej wspólną medytację, muzyka, słuchawki na uszy i tak ze trzy godziny, dla uspokojenia jej nerwów ;)”.
Tak też uczynił. Budził ją codziennie o tej samej porze. Dzień w dzień, noc w noc, toczyła się gra, gra, w której nie ma zwycięzców i nie ma przegranych. Ale na ten moment oboje raczej nie zdawali sobie sprawy w co grają i dokąd tak naprawdę podążają…
Róża tymczasem, gdy zorientowała się, że nic nie jest w stanie zrobić z tym, co się dzieje, zaprzestała wszelkich rozmów i prób wyjaśnienia tych niecodziennych zdarzeń. Ten obłęd panujący na zewnątrz i wokół niej, ten panujący hałas i chaos sprawił, że zamiast ulec presji, jak od niej oczekiwano, intuicyjnie zaczęła doszukiwać się sensu tej sytuacji, ale wewnętrznie…Całą uwagę, moc i siłę skierowała do siebie wewnętrznie, tam postanowiła szukać odpowiedzi.
Gdy po raz kolejny została obudzona w nocy, bez oporu włożyła słuchawki na uszy, usiadła i wsłuchiwała się, ale w siebie… Po niedługim czasie odczuła coś, czego jeszcze sama nie rozumiała.
Słuchała muzyki, ale jej nie słyszała…poczuła niewyobrażalny spokój i ciszę, ale w tej ciszy wszystko się działo…poczuła czyjąś obecność…
– kim jesteś? – zapytała.
– jestem tobą – usłyszała odpowiedź.

Wszystko przeminęło, jak z wiatrem, ale to był dopiero początek jej wewnętrznej, ale już świadomej drogi…

Monika Hebda

Dźwięk złotej harfy

Z zamku owitego szarą mgłą uciekał każdy, kto tylko zdołał. Niestety, niewielu się udało.
Jednym ze szczęśliwców okazał się książę Lian z sąsiedniego królestwa, przyjaciel rodziny królewskiej i oblubieniec księżniczki Zoi, który tego dnia był jednym z gości na przyjęciu urodzinowym swojej ukochanej. Zanim jednak wydostał się z zamku, próbował znaleźć Zoję i jej rodziców, ale ci zniknęli, rozpłynęli się w gęstej lodowatej mgle, a on sam jakimś cudem znalazł się poza zamkiem, na skraju lasu…
Biały smukły koń ze srebrzystą grzywą stał spokojnie przywiązany do drzewa. Kilka kroków dalej na ściółce leśnej, między paprociami leżał oparty o pień drzewa książę Lian. Próbował odtworzyć zdarzenia, które się rozegrały, ale wszystko w jego głowie było mgłą, szarą mgłą. Pamiętał jedynie, że zdołał odebrać od znanego lutnika harfę , którą zamówił w prezencie dla Zoi i tylko ten obraz pojawiał się w jego głowie. Zapadał zmrok, zrobiło się zimno, więc Lian postanowił rozpalić ognisko. Usiadł blisko paleniska i zaczął wpatrywać się w ogień, jakby w nim próbował znaleźć rozwiązanie całej tej sytuacji. Nagle, jakby z płomieni, wyłoniła się postać pięknej kobiety o kruczoczarnych włosach, ubranej w białe szaty. Postać była tak zwiewna i delikatna, że gdyby chciał jej dotknąć, to pewnie rozwiałaby się i odleciała razem z wiatrem.
A za kolejną chwilę wokół ogniska pojawiło się kilka elfów, które zanim usiadły, dyskutowały żywiołowo w sobie znanym tylko języku. W końcu zamilkły, zaś postać kobiety uniosła się
znad ogniska i stanęła w oddali, tak że widać było tylko jej cień.
– Co was tu sprowadza? – zapytał Lian.
– Twój płacz i krzyk. Choć nie pokazujesz rozpaczy, to wiemy, że ona jest w tobie… no i królestwo Zoi…
– A ta kobieta, która wyszła z płomieni? – pytał dalej.
– To twój przewodnik.
– Dlaczego się odsunęła?
– Nie może z tobą rozmawiać, ale może ci wskazać drogę i wezwać pomoc.
– Więc to ona was tu sprowadziła?
-W rzeczy samej – uśmiechnął się jeden z nich. Choć już cały świat huczy, co się stało w królestwie Złotego Gaju.
– To wy wiecie, co się stało?
– Poniekąd – odrzekł najbardziej gadatliwy elf.
– Powiedz, nie zwlekaj – prosił błagalnie Lian.
– Ależ bardzo proszę – elf rozpoczął swoją opowieść – Matka Zoi, królowa Wien, pochodzi z bardzo starego rodu Świetlistej Góry. Dawno temu, bardzo dawno temu, ród ten rozproszył się po całej Ziemi, zapominając o swoim królestwie, znajdującym się na Biegunie Północnym, które sercem i dobrą ręką panowało nad całą Ziemią. To, że się rozprzestrzenili, było konieczne, ponieważ warunki do życia w królestwie z dnia na dzień coraz bardziej się pogarszały i członkowie rodu musieli poszukiwać nowych miejsc do osiedlenia i zamieszkania. Niestety, wraz z oddalaniem się od swojego królestwa zapominali o tym, dlaczego i po co wędrują po świecie. Jednak co jakiś czas, w każdym zakątku ziemi, gdzie byli członkowie rodu, pojawiali się wśród nich mędrcy, którzy
w różny sposób starali się im przypomnieć, kim są i jak mogą powrócić do swojej chwały.


Wiadomo też było, że jeśli zostanie już tylko jeden człowiek z tego rodu, a nie dojdzie do zachowania ciągłości plemienia, szara lodowata mgła spowije tę osobę, jej najbliższych i całe królestwo, ale na tym nie koniec – szarości obejmą całą Ziemię. To co się teraz stało, to tylko ostrzeżenie, ale jeśli nic nie zrobimy, to cały świat zostanie przysłonięty i stanie się światem niewidzialnym. Jednak co dzieje się za tą mgłą, tego już nie wie nikt. Wiadomo zaś, że można wszystko odwrócić, a my wiemy, jak tego dokonać, póki jest jeszcze czas, choć zostało go niewiele.
Zoja jest ostatnim członkiem rodu, a ty jesteś jedyny, który może odwrócić bieg zdarzeń.
Zimny dreszcz przeszył Liana.
– Co mogę zrobić? – zapytał.
– Najpierw musisz odnaleźć złotą harfę. Nie bez powodu zleciłeś jej wykonanie lutnikowi. Lutnik, to jeden z mędrców, który całe swoje życie czekał na kogoś, kto zgłosi się do niego z tą właśnie prośbą. Stworzył on wspaniałą harfę, idealną do tego zadania. Musisz odbyć podróż, która będzie trudna i mozolna, a jej celem jest Świetlista Góra. Gdy już tam dotrzesz, wręczysz harfę jasnowłosej dziewczynie, a ona jej dźwiękiem pobudzi świat do życia. W czasie podróży przeżyjesz wiele przygód, ale i napotkasz na wiele przeszkód. Przejdziesz kilka królestw: Królestwo Czarnych Wilków, Królestwo Kolorowych Ptaków, Królestwo Boa, Królestwo Różanego Drzewa. W każdym z tych miejsc spotkasz kogoś, kto wskaże ci drogę, choć znajdą się i tacy, którzy podstępnie będą chcieli cię zwieść. Dopiero w Królestwie Różanego Drzewa odetchniesz, ale i tu nie będzie łatwo. U celu swej wędrówki, czyli w Królestwie Świetlistej Góry, zanim znajdziesz Jasnowłosą, będziesz musiał przepłynąć morze na krze, która doprowadzi cię do lodowej groty. Ta droga to zmierzenie się z naturą, musisz wówczas czujnie obserwować przyrodę, słuchać jej i podążać za jej wskazówkami, które nie dla wszystkich są zauważalne. Teraz odpocznij, a o świcie udamy się do lutnika, być może wie, co stało się z harfą, i czy w ogóle ocalała.
Wczesnym rankiem o wschodzie słońca przy Lianie pojawiły się elfy. Okrzykami postawiły księcia na równe nogi.
– Rany, co za hałas? Wszyscy muszą słyszeć, że budzicie księcia? – powiedział niezbyt zadowolony książę – Już wstaję, już!
Gadatliwy elf zaczął z kolei pouczać Liana o przygotowaniach do podróży. Po pierwsze, musisz zmienić ubranie na bardziej skromne, koniecznie wziąć zapas wody i jedzenia, choć i tak po drodze spotkasz dobrych ludzi, którzy ci pomogą, ale najpierw chodźmy po harfę. Lutnik mieszkał z dala od zamku. Podeszli pod jego dom. Wokół panowała cisza, słychać było tylko stukanie kopyt konia Liana. Zatrzymali się. Drzwi domu lekko się uchyliły i wyszedł lutnik z ogromną skórzaną torbą,
z której wystawała złota harfa. Mężczyzna zwrócił się do przybyłych:
– Dwa białe orły uchwyciły harfę w ostatniej chwili i przyniosły ją do mnie. Macie szczęście – uśmiechnął się tajemniczo, po czym zwrócił się do księcia:
– Strzeż harfy i nigdy nie przyznawaj się do tego, co ze sobą wieziesz. Jeśli ktoś cię zapyta, zawsze odpowiadaj, że wieziesz dary królowej. W jakimkolwiek królestwie nie będziesz, nikt nie będzie miał odwagi ruszyć darów królowej. Mogą cię zwieść słowem, odwieść od celu wyprawy, ale nie mogą odebrać darów królowej. I pamiętaj, kieruj się zawsze na północ.
Książę podziękował, pożegnał się ze wszystkimi i wyruszył w drogę. Z dala jeszcze usłyszał tylko elfy, które zapewniły go, że zawsze przy nim będą; będzie mu towarzyszył również jego przewodnik, ale książę musi zdać się na samego siebie.

Po kilku dniach podróży Lian dotarł do Królestwa Czarnych Wilków. Po dwóch stronach bramy stało dwóch strażników ubranych w wilcze skóry z głowami wilków na skroniach. Ku jego zaskoczeniu strażnicy nie zatrzymali go, wjechał do królestwa bez przeszkód, tak jakby mieszkańcy tej krainy spodziewali się go. W środku na wiecu było pusto, ani żywego ducha. Zza fontanny, która stała po środku, wynurzyła się postać mężczyzny w szarym płaszczu z kapturem.
– Możesz napoić konia, wziąć zapas wody i jedzenia i natychmiast wyjeżdżaj.
– Tylko tyle? – spytał książę – Myślałem…
Nie dokończył jednak, bo wtem na wiec wjechało kilku jeźdźców z głowami wilków na skroniach.
– Zapraszamy na zamek, przybyszu – głośno krzyknęli chórem.
Zsiedli z koni, pomogli zsiąść Lianowi. Ten nie protestował i podążył za gospodarzami. Pierwszy prowadził tutejszy książę o imieniu Wik. Krętymi schodami doszli do ogromnej komnaty, gdzie stały suto zastawione stoły. Zasiedli z okrzykami i zaczęli rozkoszować się jedzeniem i piciem. Książę Wik poprosił Liana na stronę.
– Chcę ci coś pokazać – rzekł.
Weszli do drugiej komnaty. Książę zamarł, bo zobaczył księżniczkę Zoję siedzącą na ogromnym krześle, czytającą książkę. W sercu poczuł radość, ale coś go powstrzymało przed tym, żeby się zbliżyć. W ostatniej chwili zauważył wilczy pierścień na dłoni młodej kobiety.
W momencie gdy go zauważył, jej twarz zaczęła zamieniać się w wilka z ogromnymi kłami. Wszystko zaczęło znikać, a Lian znalazł się na drodze w gęstym lesie. Odetchnął. Za jednym z drzew ujrzał głowę elfa, który jednak szybko zniknął. Sprawdził mech na drzewach i skierował się na północ.

Lian jechał już chyba kilka dni, był senny, głowa osuwała mu się na ramię. Nagle nad głową usłyszał przeraźliwy hałas i trzepot ogromnych ptaków. Błyskawicznie pobudziły jego siły witalne. A więc jestem w Królestwie Kolorowych Ptaków – pomyślał. Nie było tu żadnego zamku, za to mnóstwo przeróżnych kolorowych ptaków, mniejsze, większe, gadatliwe, mniej gadatliwe, skrzeczące, śpiewające. Zauważył również wokół siebie niezliczoną ilość kolorowych drzew i kwiatów. Po chwili podleciał do niego ogromny biały ptak, który wyglądał na przywódcę.
– Zsiądź z konia, wędrowcze, i przesiądź się na mój grzbiet, pokażę ci nasze królestwo-zaproponował ptak.
Lian dał się ponieść tej niecodziennej przygodzie. Góry, pola, lasy, łąki z tej wysokości wyglądały tak malowniczo, że aż dech zapierało. Na koronach drzew i na skałach dostojnie prezentowały się gniazda ptasich rodzin. Część była uwita tradycyjnie z gałęzi, a inne miały wiszące dachy z kwiatów, kolorowych, świeżych kwiatów. Zrobili jeszcze dwa okrążenia i wylądowali na jednej ze skał.
– Jestem Biały Wiatr – powiedział ptak – Mówiono nam, że przybędzie książę, a ty na niego nie wyglądasz – kontynuował – To dziwne, bo tak po prostu nie każdy może zobaczyć naszą krainę. Lian milczał.
– Co masz w tej wielkiej torbie? – spytał Biały Wiatr.
– Dary królowej – odparł książę.
– Dary królowej powiadasz, hmmm… – zadumał się ptak. Wiesz, poszukujemy zguby, złotej harfy. Dawniej odbywały się w naszej krainie wielkie koncerty. Nasza Biała Dama grała na harfie, a chór ptaków śpiewał przy jej akompaniamencie… – snuł swoją opowieść Biały Wiatr.

Lian był pod tak wielkim wrażeniem tych opowieści i tych widoków, że o mały włos zapomniałby, dokąd i po co zmierza. W porę ocknął się i stanowczo poprosił, aby ptak sprowadził go na ziemię i pozwolił odjechać. Biały Wiatr obruszył się, ale mimo to posłuchał Liana.

Nagle pojawiła się wielka kolorowa trąba powietrzna i książę znów znalazł się na drodze w ciemnym gęstym lesie. Lian uświadomił sobie, że wciąż podróżuje, a znajduje się w tym samym miejscu i znowu zobaczył uśmiechniętą twarz elfa, który tak samo jak poprzednio po chwili zniknął. Nieco zniechęcony młodzieniec wyruszył dalej. Nagle jego koń zaczął wierzgać, stanął na tylnych nogach i Lian runął na ziemię. Gdy tak leżał, ujrzał syczącego węża, który powoli zbliżał się do jego twarzy.
– Witaj przyjacielu – zasyczał wąż.
– Witaj – odparł książę – Pomożesz mi się podnieść? – z przejęciem poprosił węża.
– Owszem, ale wiedz, że ty sam możesz sobie pomóc.
– Jak? – zapytał zdziwiony książę.
– Pomyśl! – zachęcał intrygująco wąż.
Lian nie wiedział, co począć. Leżał bez ruchu i nic nie przychodziło mu do głowy. Zamknął oczy i ujrzał Zoję, która zapytała go ciepłym głosem:
– Lian, nie wiesz co zrobić?
Serce zabiło mu tak mocno, że omalże nie wyskoczyło z piersi. Poczuł ciepło, które promieniało i falami rozprzestrzeniało się dookoła. Lian unosił się w powietrzu, jakby pływał na wodzie, po czym usiadł swobodnie, wstał i wsiadł na swojego konia.

I znowu ciemny gęsty las, droga i uśmiechnięty elfik… Lian poczuł piękny zapach i podążył za nim. Był już w Królestwie Różanego Drzewa. Ujrzał różane krzewy, a za chwilę ukazało mu się piękne monumentalne Drzewo Różane.
– Podejdź bliżej, wędrowcze. Wiem, z czym przybywasz i dokąd zmierzasz… Posłuchaj uważnie – zbierzesz tyle róż, ile zdołasz. Gdy już dotrzesz do celu swojej podróży, całą grotę obsypiesz różami. Tylko wtedy Jasnowłosa wyjdzie z ukrycia. Dziewczyna bardzo dobrze zna ten zapach, który ją przyciągnie, a dalej już wiesz, co masz robić. Przekażesz jej to, co masz do przekazania…
Lian zabrał się do zbierania róż. Ten aromat tak go odurzył, że nie wiedział, jak znalazł się
w zapowiadanym przez elfy miejscu. Otaczały go lodowate skały. Rozejrzał się. Bacznie wypatrywał wskazówek. Podpłynęły dwie foki z krą, na którą wszedł. Foki odpłynęły, a on poczuł prądy, raz ciepłe, raz zimne, które jak żagiel pokazywały kierunek płynięcia.
– Jest grota! – krzyknął uradowany.
Pospiesznie zaczął rozsypywać płatki różane. Gdy już kończył, ujrzał powoli wychodzącą
z lodowej ciemności postać kobiety. Schylając się do torby, aby wyjąć harfę, nie spostrzegł, że piękna dziewczyna stoi tuż obok niego. Podniósł głowę.
– Zoja! – krzyknął uradowany – Zoja to ty!
Jasnowłosa usiadła na brzegu lodowej skały, ujęła w dłonie harfę i zaczęła grać. Dźwięk delikatnych strun niósł się przez cały świat, a świat został oczarowany melodią pięknych serc…

I znów Lian znalazł się w ciemnym gęstym lesie. Już nie widział uśmiechniętego elfa, ale teraz już nie był sam…

Zoja i Lian powrócili do królestwa.

Monika Hebda

Małe regaty

Kilkoro dzieci z pobliskiej wsi bardzo lubiło bawić się, w prawie już wyschniętym stawie, na skraju lasu. Miejsce, jak z bajki, gdzieniegdzie szuwary, po dwóch stronach piaszczysty brzeg i rechotające żaby, całe mnóstwo kijanek, a nad stawem latające ważki. 

Pewnego razu dzieciaki wpadły na pomysł, że zorganizują sobie małe regaty. Każde z nich miało w domu zbudować własną łódkę, z papieru, tektury, z dowolnego materiału, pomalować kredkami, farbami, co tam im do głowy przyszło…Każde z nich, do późnej nocy przygotowywało się z wielkim zapałem. Niektóre nawet nie mogły zasnąć z przejęcia…

Następnego dnia spotkali się nad brzegiem stawu. Trzech chłopców wykazało się ogromną kreatywnością – kolorowe żagle, wymyślne kształty, nawet działa umieszczone na rufie. Nastawienie mieli bojowe. Niektórzy przebrali się nawet za piratów. Do paczki należały jeszcze dwie dziewczynki. Jedna z nich, chłopczyca, jak o niej mówiono, przygotowała największą łódź, co niezbyt podobało się chłopcom. Natomiast druga, najmłodsza z nich, zbudowała bardzo małą łódkę z białego papieru z białym żaglem. Ta z kolei na nikim nie zrobiła żadnego wrażenia…chłopcy wzruszyli ramionami i niewiele myśląc przystąpili do ustawiania łódek na wodzie, zgodnie z kierunkiem wiatru. Zasady były proste. Mogli tylko obserwować, jak łódki płyną, nie można było żadnej dotknąć…

No cóż, niestety chłopcy i jedna dziewczynka, nie wytrzymali presji, nie dali rady stać za długo w bezruchu i próbowali pomóc swoim łódkom dmuchając w te małe żagle. Tym czasem najmłodsza z nich, usiadła sobie na brzegu i przyglądała się ze spokojem swojej maleńkiej łódeczce, od czasu do czasu rysując sobie coś patykiem na piasku… A na środku stawu rozgrywała się jedna wielka  bitwa morska. Już nie tylko dmuchano w żagle, ale chłopcy rękoma próbowali wzburzyć fale, aż doszyło do przepychanek i z tego całego zamieszania, krzyków i szturchania wszystkie łódki utonęły…poza jedną…ta jedna maleńka, biała łódeczka, na którą nikt nie zwracał uwagi dopłynęła spokojnie do drugiego brzegu…Zdumieli się wszyscy i zamilkli…a mała dziewczynka przeszła spokojnie po wodzie, doszła do swojej łódki, podniosła ją i w podskokach, śpiewając pod nosem, udała się w kierunku swojego domu…

Reszta paczki cała zmoczona wychodziła powoli z wody ze spuszczonymi głowami…

Na brzeg wyskoczyła jeszcze na koniec ogromna żaba i tylko głośno zarechotała i w szuwarach się schowała…

Monika Hebda

Myśli i Słowa

Jak bardzo jesteśmy związani ze swoimi przekonaniami i wierzeniami? Jak bardzo cierpienie, nieszczęście, niepokój myślowy wydaje się nam rzeczywisty? Jak bardzo jesteśmy przywiązani do rzeczy, bo mają dla nas określoną wartość? Czy to nie pragnienie, za którym podąża myśl? Pragnienie materialnego przejawu…

Myśli i Słowa
Uwaga i koncentracja, doskonały obraz tworzy
Siła ożywiająca pragnienie drąży szczelinę, przeciera szlaki
Ściśle i precyzyjnie, jak woda w twardej skale
Rysa za rysą, tworzy kształty
Myśl wypływa…
Słowo pada…świat się dziwi…i znów wszystko znika

Myśl się cofa, zagląda przed pragnienie, nie może
Bo wciąż jest pragnieniem
Widzi. Nie słyszy. Widzi przebłysk z daleka
Idea, różnorodna i bogata…inspiracja w świadomości
Oświeca Ducha…
Bez Myśli, bez zbędnego Słowa.

Myśliciel
Kim jest Kreator, Myśliciel, Stwórca Wszechrzeczy, Bóg, czy Wszechświat…
Kto jest rozgrywającym na szachownicy Życia?
Jak my Go widzimy, a jak On widzi nas?

Kto zna odpowiedź?

A może każdy…
Każdy, kto chce zrozumieć to, co kryje się pod pojęciem słowa Bóg, Stwórca, Wszechświat…
A może każdy, kto szuka autorytetu w sobie, a nie na zewnątrz…
A może każdy, kto zanurza się w nieznane
I wnika w to, co jest głęboko ukryte w nim samym…

Monika

Słońce i skała Cz. 4 ostatnia

Nadszedł kolejny dzień i Lubomir znów postanowił odwiedzić to malownicze i tajemnicze miejsce…miejsce nieoczekiwanych zdarzeń i ponad zmysłowych wrażeń.

Gdy tak powolnym krokiem zbliżał się już do celu…nagle, niespodziewanie potężna góra wyrosła tuż przed nim, przysłaniając pole i las i łąkę. Zatrzymał się…nie odczuwał też już lęku, przyjmował te wszystkie niespodzianki, nie dziwiąc się im zbytnio… No góra – pomyślał – nie, właściwie wielka skała, połyskująca i śliska…Wczoraj rosła w nim przeogromna ciekawość, a dzisiaj wyrosła przeogromna góra…i żaden głos tym razem go nie przywitał…

Patrzył na skałę… i gdy się tak z uwagą jej przyglądał , to zauważył, że w niektórych miejscach zaczyna zmieniać barwy…stawała się niebieska, biała i żółta. Kolory były tak silne, że aż oczy bolały od ich blasku…Czasami musiał aż przysłaniać je dłońmi, tak intensywne światło odbijało się od skały i przenikało całą jego postać.

Przez chwilę nie mógł podnieść wzroku, a gdy mu się to udało, dostrzegł przed sobą potężny kryształ, który już nie był skałą… W nim zobaczył cały swój świat, żonę, dzieci, lasy, pola, łąki, dom, zwierzęta, morza, jeziora, rzeki…i wydarzenia z jego życia…i wszystko…Był cały zanurzony w niej…Nie…był nią…

Zbliżyła się do niego córka Lilia, trzymała w ręku lilię, biały kwiat, który mówił więcej, niż nie jedno słowo…

I nic już przed nim nie było zakryte, a księga życia, która nie miała początku ni końca, stała przed nim otworem…i ujrzał rzeczywistość rzeczy…

Czy życie Lubomira i córek, po tych zdarzeniach mogło się zmienić? A może się nic nie zmieniło, tylko nabrało światła i blasku…

Monika Hebda

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.