Odkryj Siebie.
O przenikaniu się światów

Monika Hebda

Słońce i skała. Cz. 3

Tego ranka bardzo padało. Deszcz silnymi strumieniami uderzał miarowo w dach domu, aż czasami wydawało się, że ktoś usilnie stuka, aby mu otworzyć…Lubomir wyjrzał przez okno i z zadowoleniem spojrzał, jak wielkie krople zraszają ziemię. Nie było suszy, a jednak roślinki potrzebowały nasycić się życiodajną wodą…
W taką pogodę, zaraz po śniadaniu, postanowił odwieź dziewczynki do szkoły. W drodze planowali, jak spędzą wieczór. Karina brała udział w szkolnym przedstawieniu, zaproponowała pokaz fragmentu spektaklu. Lilia natomiast, wysiadając z samochodu, pozostawiła, w małym zawiniątku, wiadomość dla taty…Lubomir lekko roztargniony zapomniał o nim…myślami bowiem już był na skraju lasu..

W deszczowym obszernym płaszczu z kapturem zbliżał się do lasu. Ulewa powoli zamieniała się w mżawkę, ale mimo to widoczność była ograniczona… Gdy już był prawie na miejscu, usłyszał głos – wejdź…i nagle poczuł, jak jakaś siła przeniosła go ze skraju lasu do jego samego środka, dookoła były same drzewa i żadnej ścieżki…Zrobiło się nie przyjemnie, szaro, czarno… Drzewa straciły gdzieś liście, a drzewa iglaste, igły…widok był, jak po przejściu huraganu, albo jakiejś nawałnicy… Usłyszał – wracaj! Wracaj szybko! Ogarnęło go przerażenie…nie wiedział, w którą stronę się udać…uświadomił sobie, że to nie był głos, który już znał…zamknął oczy, wziął głęboki oddech…poczuł, jak rośnie w siłę …zrobiło się ciepło…otworzył oczy.
Siedział na skraju lasu, w znanym mu miejscu, obok leżał jego płaszcz…Spojrzał na pole, na łąkę z kwiatami…ciepło, było bardzo ciepło, deszcz już dawno przestał padać, a promienie słońca odbijały się od zroszonej ziemi…
Witaj! – usłyszał. Ten głos znał. Chciał coś powiedzieć, ale głos kontynuował – szedłeś tu z pytaniem i dostałeś odpowiedź. Bez zastanowienia wszedłeś za głosem, który tak naprawdę nie jest ci obcy, ale zwodniczy…Komu zaufałeś? Gdzie się znalazłeś? Czym się kierowałeś?
Rozmowy z tobą, to same zagadki – odparł. Tak – ty jesteś jedną wielką zagadką. Człowiek. Ludzkość, to największa zagadka.
Rozwikłanie jej nie należy do łatwych, ale możliwych…”czytaj” z uwagą wskazówki…
Twoja córka zostawiła dla ciebie wiadomość, zawiniątko na siedzeniu w twoim samochodzie.
Zajrzyj do niej…
Lekki wiatr uniósł listki i płatki kwiatów, dookoła rozsiewając bezgraniczną świeżość po ulewnym deszczu, który zmył kurz i pył z ziemi…
Do zobaczenia zatem!

Lubomir podniósł się, zabrał swój płaszcz, przewiesił przez ramię i skierował swoje kroki w stronę domu. Nie spieszył się, choć ciekaw był wiadomości od córki. Jednak to przeżycie bardzo, ale to bardzo spowolniło jego ruchy…
Dotarł wreszcie pod dom. Otworzył drzwi samochodu, wziął zawiniątko i zaczął je odpakowywać.
W nim była zwinięta karta papieru, cała w kolorowych rysunkach. Był też rebus. Uśmiechnął się – i pomyślał – znowu zagadka.


W [namalowane oczy] + O [namalowany portret] Y, + [namalowane uszy] M [namalowana chmurka z literkami] I

Widzę obrazy, słyszę myśli!

I rysunek z wiatrem, od którego uginają się gałęzie drzew…i podpis:

A Duch przenika wszystko!

Lilia i Karina już dawno wróciły do domu. Lilia wyszła przed dom i podeszła do taty ze słonecznym uśmiechem. Spojrzeli na siebie, słowa były zbędne… Objął ją swoim barczystym ramieniem i weszli do domu, gdzie czekała na nich Karina z kolacją i ze swoim debiutanckim przedstawieniem.

Rodziła się w nim ciekawość dziecka i nie mógł się doczekać jutrzejszego spotkania…

Monika Hebda

Słońce i skała Cz. 2

Lubomir jeszcze poprzedniego dnia, wieczorem prawie zapomniał o tym, co go spotkało, ale już nad ranem słońce szybko przypomniało mu o sobie. Choć historia nie należy do codziennych i nigdy nie wiadomo, co tak naprawdę mogło by się zdarzyć, to jednak niecierpliwił się na to kolejne spotkanie…
Po zrobieniu porządków wokół domu i w ogrodzie, udał się na skraj lasu, do tajemniczego miejsca, gdzie drzewa i ptaki i wiatr ze sobą i z nim rozmawiały…

Tym razem gęsta mgła spowiła pole, las i łąki, że ledwo dostrzegł to miejsce i to drzewo, przy którym miał ponownie odbyć, jak mniemał, fascynującą rozmowę. Wtem mgła lekko się rozproszyła, pomagając mu odnaleźć miejscy, przy którym swobodnie mógł usiąść. Rozejrzał się dookoła, ale nic nie mógł dostrzec, nie słyszał też głosu. Cisza była tak cicha, że aż przerażająca. Jednak mimo lęku postanowił cierpliwie czekać. Może za wcześnie przyszedłem, pomyślał i zaczął wsłuchiwać się w tę ciszę…

Nagle poczuł chłód, przenikliwy wiatr, który zaczął rozwiewać mgłę, a wraz z podmuchem wiatru, zobaczył fragment morza i ogromną falę zbliżającą się w jego kierunku. Cały zamarł z przerażenia…ale po chwili ogarnął go dziwny spokój…
Tuż przed nim fala opadła, stopy miał w wodzie, ale nie były mokre, on sam też nie był mokry, ani kropli, nigdzie, żadnej kropelki…i wtem rozbrzmiał donośny, spokojny, ciepły głos – Witaj!
Kłaniam się – odrzekł – ale nie wiem, w którą stronę mam się ukłonić?
To nic, obserwuj, wsłuchuj się, badaj każde zjawisko, aż zrozumiesz. Teraz odpowiem na twoje pytanie, jak obiecałem – pytałeś, kim jestem?
Otóż jestem tobą, a ty mną – rozważ to sobie. Obrazy, które przed tobą się objawiają też nie są przypadkowe. Tak bardzo nie chciałeś się zmoczyć, że twoja myśl nawet cię osuszyła. A teraz pomyśl, że jesteś mokry, czyż nie czujesz, że właśnie skąpałeś się w słonej wodzie?
Tak – odpowiedział Lubomir – teraz jestem mokry, jak to możliwe? Szczodry śmiech przeszył wszystko dookoła, śmiał się każdy listek, kwiat i kamień i nawet maleńki podmuch wiatru.
Bardzo śmieszne, a mnie nic nadal się nie wyjaśniło – przyznał ze smutkiem.
Powoli – odrzekł głos – słuchaj, czuj i patrz uważnie. Nie jest możliwe wszystkiego o wszystkim się dowiedzieć w jednej chwili, choć, powiem tajemniczo, że wszystko dzieje się właśnie w tej jednej chwili. Rzadko któremu człowiekowi udaje się szybko zgłębić tajemnicę, a jest to tajemnica życia, którą masz szczęście odkryć wraz ze mną…

I znów wszytko ucichło…i mgła opadła…

W głębi duszy tylko usłyszał – do następnego razu Lubomirze…

cdn…

Monika Hebda

Słońce i skała cz. 1

Pewien człowiek po ciężkiej pracy przysiadł na brzegu lasu, który graniczył z jego polem.Słonce już zachodziło, ale upał dawał się jeszcze we znaki. Popijał wodę patrząc, jak promienie przenikają skoszoną trawę, padają na kwiaty na pobliskiej łące i odbijają się w maleńkim strumyku płynącym nieopodal. Pomyślał – co za moc?! – promienie, jak złociste kłosy zbóż, żywe i gorące…skąd wiedzą…(?) Zanurzył się w swych rozmyślaniach…czy mają coś do powiedzenia…(?)…jak to jest…(?)…że… Wtem, tuż za nim poruszyło się drzewo. Lekki wiatr musnął delikatnie gałęzie, a siedzące na nim ptaki rozpostarły skrzydła i uniosły się w górę wysoko dotykając nieba. Odwrócił się by spojrzeć, co się dzieje. Usłyszał szept: „Jestem  w drzewie i w jego owocach,  jestem w słońcu i w każdym promyku, jestem w ptakach, jestem w niebie…Jestem w nich, a one we mnie. Jestem w tobie, a ty we mnie…rozpoznasz, a zrozumiesz…” Mimo upału i mocnej opalenizny, mężczyzna trochę zbladł…Nie przerażaj się, może to niecodzienna sytuacja dla ciebie, ale nic ci nie grozi – głos rozbrzmiał przyjaźnie. To twoje spokojne myśli przywołały i obudziły świat tajemnic, więc… Mam dla ciebie propozycję Lubomirze, rzekł głos: „przychodź codziennie o tej porze. Przychodź tak długo, jak tylko będziesz miał taką potrzebę. Każdego dnia możesz zadać mi jedno pytanie, a ja na każde odpowiem.  Jeśli wytrwasz, wszystko dla ciebie stanie się jasne.”

Kim jesteś? Zapytał zaciekawiony człowiek … – i to będzie twoje pierwsze pytanie – usłyszał, a potem dostrzegł i poczuł uśmiech w drzewie, w kwiatach na łące i w słońcu…i w sobie…

Skąd zna moje imię? – szeptem zapytał sam siebie..

Wszystko ucichło, a słońce z pięknym uśmiechem, powoli, chowając się za chmurami układało się do snu…

Pospiesznie wstał z miejsca swojego odpoczynku i szybkim krokiem popędził w stronę domu. W domu czekały na niego dwie córki, Lilia i Karina. Odkąd zmarła jego ukochana żona pociechy były pod jego opieką.
A jeszcze nie tak dawno cieszyli się niezmiernie z nowego domu, ogrodu, swojego pola i lasu. Porzucili miejski zgiełk i hałas dla ciszy, spokoju i zdrowia. Niestety Malwina, jego żona, odeszła nim zawitała wiosna i pojawiły się pierwsze pąki. Czasami, jak przez mgłę, widywał postać, przechadzającą się w oddali, na tle drzew i kwiatów w ogrodzie. Płynącą, niczym obłok, postać kobiety w białej sukni z rozwianymi, długimi, blond włosami. Tęsknił…

Zbliżał się już do domu. Wciąż nie rozstawał się z głosem, który usłyszał. Każde słowo rozbrzmiewało w nim, niczym dzwon w oddali, a jednak nie był on daleko, a gdzieś głęboko, głęboko w nim… Zastanawiał się, czy mógłby tą historią podzielić się z córkami, czy w ogóle z kimkolwiek.. Ale jednak nie, nie wszystko przecież wie… i ktoś mógłby pomyśleć, że rozum mu odebrało po stracie żony.

Wszedł do domu, gdzie z wielką radością przywitały go córki. Karina, starsza przygotowała pyszną kolację, taką jak lubił. Lilia, młodsza rzuciła się jemu na szyję, po czym zsuwając się powoli  z ogromnego barczystego taty, sprytnie wyjęła zawiniątko z kieszeni swojej sukienki i wcisnęła w jego ogromną dłoń. Lilia od urodzenia nie mówiła, a to co chciała przekazać tworzyła własnymi malutkimi rączkami. Zwykle były to przeróżne figury i kształty z papieru, plasteliny, kolorowych sznureczków, ale jakże to było wymowne…nie sposób było nie odgadnąć jej myśli, czy też jej próśb..

Lubomir odchylił lekko zaciśniętą dłoń, a w niej ujrzał zgnieciony papier w kształcie złocisto żółtej kuli…serce jego zadrżało i poczuł, jak jeden z promyków słońca głęboko rozgrzewa go od środka…

Cudowny wieczór już się kończył. Nadszedł czas na długi wypoczynek pod okiem srebrzystego księżyca..

cdn…

Monika Hebda

O strachu

Jest taka bajka braci Grimm, „Bajka o tym, co wyruszył, by nauczyć się bać”.

Ojciec miał dwóch synów, jednego, starszego, pracowitego i rozumnego, drugiego, młodszego, wesołego i figlarnego, dalekiego od zajmowania się zwykłymi, przyziemnymi sprawami.

Starszy wszystkiego się bał i gdy tylko go o coś poproszono, mimo że pracowity i uczynny, to bronił się przed zrobieniem czegokolwiek nocą i  zawsze odpowiadał, „O nie, ojcze, nie pójdę tam, straszno mi!” bo po prostu się bał.

A młodszy…”czasem, gdy wieczorami opowiadano przy ogniu historie, przy których włos się jeży, słuchacze mawiali, „Och, straszno mi!” Młodszy siedział w kącie i wszystkiego słuchał, a nie mógł pojąć, o co w tym chodzi. „Zawsze mówią: straszno mi! A mi nie straszno. Pewnie to jakaś sztuka, z której nic nie rozumiem.”

Czy to nie czas, aby wyjść już z gry podszytej lękiem?! Czy naprawdę tak trudno wyjść z roli, czy to pierwszoplanowej, czy też drugoplanowej i zakończyć ten teatr kukiełkowy?

Strach towarzyszy nam od zawsze, nie omija nikogo. Czasami tkwi tak głęboko w nas, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, że właśnie to on kieruje naszym życiem, a nie my sami… A potrafi siać spustoszenie nie tylko w nas, ale i dookoła nas.

Nauczyłam się już bać!

Strach. Jeszcze tam jest (?)… wejdźmy tam, przyjrzyjmy się, jak wygląda…spójrzmy mu prosto w oczy, czy rzeczywiście jest taki, jak myślimy, że jest?

Godzę się z nim i mówię dziękuję…odpływa…bo ja nim nie jestem…przypłynął, bo go przywołałam, odpłynął, bo wypełnił już swoje zadanie… i znów jestem tym, który ogląda sztukę, z której nic nie rozumie…

I tak było na początku, początku bez końca…bo nikt nie znał strachu…

Monika

Klejnoty Ziemi

Łódź dryfowała samotnie po bezkresnym oceanie. Nie było widać żadnego lądu, a z każdej strony lśnił jedynie horyzont, gdzie krystaliczna woda łączyła się z niebieskim niebem.

Co jakiś czas pojawiały się ławice ryb i odpływały, tworząc delikatne fale, które lekko bujały łódź.

Wydawało się, jakby wszystko stanęło w miejscu, ale też wydawało się, że wszystko płynęło…

W niedalekiej odległości od łodzi wynurzyły się dwa białe delfiny, uniosły się nad wodą i z gracją tańcząc zanurzyły się ponownie…przy kolejnym swoim piruecie spostrzegły łódź…podpłynęły do niej i zajrzały do środka…swoimi wydłużonymi pyskami podtrzymały tylną część łodzi i delikatnie popychając postanowiły pomóc jej się przemieścić…dość długo płynęły, zanim na horyzoncie pojawił się ląd…udało im się wreszcie zacumować łódź przy piaszczystym brzegu…i odpłynęły…

Do łodzi podszedł człowiek…miał na sobie białą falbaniastą koszulę, skórzaną kamizelkę z frędzlami, płócienne czarne spodnie i skórzane muszkieterki na nogach, a na głowie czerwony filcowy kapelusz…usiadł na rufie przyglądając się bacznie śpiącej osobie w łodzi…ktoś zaczął się przebudzać, powoli odgarniał płótno, którym był przykryty…Mężczyzna w kapeluszu ujrzał, budzącą się ze snu, młodą kobietę o pięknych blond włosach i zielonych oczach, jak dwa szmaragdy…była  ubrana w białą długą zwiewną sukienkę…usta miała spieczone i ledwo oddychała…pospiesznie podał jej bukłak z wodą – pij – dawno nie miałaś słodkiej wody w ustach – odparł z uśmiechem…Kim jesteś? – spytała – i gdzie ja jestem?…nie jestem już człowiekiem… A kim? – O tym dowiesz się później Ava – odpowiedział tajemniczo i podał swoje imię – Kar . A skąd znasz moje imię?

Kiedy tak spałaś w łodzi, śniłaś…pewnie nie pamiętasz, krzyczałaś głośno swoje imię, prosiłaś też o pomoc i żeby zjawił się choć jeden człowiek, żeby…ale zjawiły się delfiny i ja…przykro mi, ale pozostałaś jedynym człowiekiem na ziemi – ze smutkiem oznajmił.

Jak to możliwe? – ze łzami w oczach zadała po cichu pytanie – nic nie pamiętam, ani co się stało, ani snu, o którym opowiadasz…nic…zupełnie nic…

Wszystko trzeba zacząć od nowa – odparł…i to ty możesz tego dokonać, oczywiście nie zupełnie sama…poznasz nowych przyjaciół i co ciekawe, nie są to ludzie – uśmiechnął się życzliwie. A ta cywilizacja…cóż,  prawie od samego początku swojego istnienia próbowała ujarzmić przyrodę…niszczyła wszystko na swojej drodze…czy natura, wszechświat wypowiedziały jej wojnę? – otóż nie, kontynuował Kar…to człowiek podjął walkę…ale z kim, z czym?…a z samym sobą i przeciwko sobie…czyż nie wyrósł z tej ziemi, czyż nie jest jej częścią?! –  jedyną drogą jest przestrzeganie praw natury…a właściwie żadnej drogi nie ma, jesteś i już, żyjesz i już, od ciebie tylko zależy, jak żyjesz…

Ze skórzanej sakiewki wyjął kamień o błękitnych i granatowych barwach – szafir – weź proszę – powiedział – w nim jest zapisana cała historia ziemi, ludzkości i całego wszechświata – prawda i sprawiedliwość…do zobaczenia Ava…odwrócił się, a ziarenka piasku z otaczającej ich plaży uniosły się wysoko, zasłaniając jego postać, po czym powoli zaczęły opadać na ziemię…Kar zniknął…

Ava wysiadła z łodzi, bosą stopą dotknęła ziemi…piasek był tak delikatny i puszysty, że miała wrażanie, jakby zanurzyła się w puchu…rozejrzała się dookoła…przed nią rozpostarł się widok, który zapierał dech w piersiach…wyspa, na której się znalazła cała była  pokryta kamieniami, kryształami i minerałami o przepięknych barwach i ich odcieniach…o przeróżnych kształtach, przypominających góry i doliny, ale też rośliny, drzewa, kwiaty…pomiędzy górami i dolinami biegła ścieżka, jak perłowa wstążka…udała się w jej stronę i postanowiła pójść tam, dokąd ją poprowadzi…

Będąc już na ścieżce poczuła oddech za plecami, może to wiatr…cokolwiek to było, to coś, co jakiś czas oddalało się i przybliżało…miała w sobie jednak dużo spokoju i opanowania…tylko się temu przyglądała, a raczej badała, nie odwracając głowy…

…doszła do diamentowej jaskini…usłyszała szept – wejdź proszę, rozgość się…w tejże chwili stanęła jej na drodze szara mglista postać w pelerynie z kapturem…nie było widać twarzy…zaczekaj – usłyszała – nie chciałabyś wcześniej dowiedzieć się, o co tak właściwie tu chodzi i po co tu jesteś?

Ava znieruchomiała…pojawiło się w niej wiele wątpliwości… Tak naprawdę nic nie wiedziała, o niczym nie pamiętała, no i wszystko było owiane jakąś tajemnicą. Nie wiedziała co nią kieruje, kto lub co ją tu przywiodło…nagle poczuła, jak w jej dłoni porusza się kamień, który dostała od Kara…

Nie widziała tego, ale czuła, jak promienieje, a jego światło przenika ją całą…i w tym momencie szara postać rozpływała się na jej oczach, aż zniknęła nie pozostawiając po sobie nawet maleńkiego cienia…

Wejdź – usłyszała ponownie. Wejście do jaskini było przysłonięte gęstą białą mgłą. – Odsłoń dłońmi, jak byś rozsuwała kotarę…i znalazła się w środku diamentowej komnaty, wnętrze wcale nie przypominało jaskini…diamentowy stół, diamentowe krzesła, diamentowe sofy…usiadła na jednej z nich…o dziwo w dotyku nie przypominała twardego diamentu, a delikatną puszystą pianę…

Na pewno jesteś spragniona – szeptem ktoś się o nią zatroszczył…w koło zaczęły wybijać źródełka z krystaliczną źródlaną wodą, a obok pojawiły się kryształowe naczynia…Ava podeszła do jednego z nich i nalała sobie wodę i jednym duszkiem wypiła cały wielkich kielich…

Woda, oprócz nas, tu jest jeszcze tylko woda – ciepły głos oznajmił dziewczynie. A co ja tutaj robię? – spytała. Pozostałaś jedyna na ziemi o kryształowym sercu i jedyna o szmaragdowym spojrzeniu. Twoja czystość może rozpocząć kolejny cykl życia na ziemi. Jeśli oczywiście się zgodzisz. Szafir, którego dzierżysz w dłoni pomoże ci w zdobyciu wiedzy, a rubin w odkryciu największej zagadki wszechświata i tego, co i przez co zostało wszystko stworzone…i w tej chwili pojawił się Kar, w swoim czerwonym kapeluszu na głowie ze swoim rubinowym sercem…

Zjednoczenie – usłyszała Ava…wszystkie kamienie połączyły się w jedno…zobaczyła klejnoty tej Ziemi …i człowieka, jednego z najpiękniejszych jej klejnotów…

Monika Hebda

O medytacji

Rozważmy i doszukajmy się znaczenia i sensu medytacji, której według mnie, nie da się, tak do końca zdefiniować. Każda taka próba pochodzi z myśli, a zrozumienie i jej odczucie jest ponad nią, ponad myślą. I myśl, choć twórcza, zdaje się być ograniczoną w tychże okolicznościach. Jak zatem poznać nieograniczone, jak odkryć, to co ukryte i owiane tak odwieczną tajemnicą…(?)

Ale do tego punktu trzeba jakoś dojść, choćby wiedzieć dokąd zmierzam, czemu ma to służyć i jak bardzo zależy mi na dogłębnym poznaniu siebie…bo mniemam, że o to tu właśnie chodzi…a wiedza?…a wiedza pochodzi z myśli…

a więc rozważam, rozpoznaję, odczuwam…dostrzegam…i…odkrywam…

Rozważania obejmują przyglądanie się myślom i ukrytym za nimi emocjom.. i reakcjom na nie. Poznaję mechanizmy, które w efekcie tworzą to, kim jestem i czym się w życiu kieruję i dokąd mnie to prowadzi, a to już widać gołym okiem…bo tak właśnie wygląda moje życie…

Przyglądając się temu wszystkiemu dochodzę do momentu, gdy zaczynam rozpoznawać swoje wszelkie ograniczenia…i spadają maski i zasłony opadają, jedna po drugiej…

 Czy już dostrzegam to, co do tej pory zasłaniało prawdę o mnie samej…(?!)…a jeśli tak, to czy odkrywam też to, co było zasłonięte…(?!)…możliwe…

Ale, czym są te ograniczenia?

Wszelkiego rodzaju osądzanie siebie i innych, zwykle o negatywnym podłożu, głęboko zakorzenione lęki, przywiązania i przekonania, które wywołują cierpienie, konflikty wewnętrzne – wojny z samym sobą, nie pogodzenie się z różnymi przeżyciami, wywołującymi poczucie krzywdy, żal, poczucie winy, a nawet nienawiść do samego siebie…etc..

Uświadomienie sobie własnych ograniczeń może wydawać się niezwykle trudne, ale czy tak jest w istocie (?!)…może zabrzmi to banalnie, bo słyszeliśmy, to nie raz…ale…uwierz w siebie i w swoje możliwości…

Jedno jest pewne, sama świadomość tego, pozwala mi już na bycie w innym stanie umysłu…

Rozpoznanie pozwala na pogodzenie się z tym, że to we mnie jest i powoli te myśli/obrazy stają się tylko obrazami…i już nie mają na mnie wpływu…

Nie buduję też swojej przyszłości na podstawie przeszłości, tych bolesnych przeżyć i doświadczeń.

Skupiam się na teraźniejszości i nie martwię się o przyszłość. Pozwalam sobie być, istnieć, a jutro samo się o siebie zatroszczy…

Co jest w tym, teraz”? Czy ten stan mogę już nazwać medytacją?

W dowolnej pozycji…wy-Godnie…Oddycham świadomie, obserwuję, badam, pozwalam myślom przepływać przeze mnie, a niech płyną, aż ucichną i aż poczuję ten naturalny stan swojego istnienia, ten stan umysłu bez ograniczeń…i poczuję, czym tak naprawdę jest Życie…bez żadnego wysiłku…bez określonego celu, bo życie jest celem samym w sobie…i co najważniejsze, Ono już Jest…Jestem już bezpieczna.

Czy da się to zdefiniować?!

To tylko krótki zarys tego, co jest w nas i wskazówka do osiągnięcia samospełnienia.

A co ciekawe każdy odkrywa to sam, na swój własny sposób i sam wie najlepiej, jak i co zrobić ze swoim życiem…Cała reszta, to tylko inspiracja…

Monika

O bezdźwięcznym dźwięku

Cisza Mistrza Nic

To wszystko jest dla ciebie
Białe, lekkie…podmuch i wiatr
Obraz ciebie, w samym niebie
W chmurach, w słońcu i w deszczu…kto to wie…(?)

W głębinach serca wibruje
Dźwięk ciszy tam mieszka
Wibracja cicha…niesłyszalna
Umysł zagłusza…oddech zwalnia

Anioł skrzydłem cię zakrył
Biały, lekki…rozwiany puch
Obraz ciebie w samym niebie
Zamilkł, ucichł …z tej ciszy pękł..(?)

Szum muszli…bicie serca, na samym jego dnie
Krew w oceanie pulsuje…i drży ciało
Mistrz Nic i jego tchnienie…
i pozostało…
Bezdźwięczne oka mgnienie…

Monika

Rzeczywistość fragment książki

Spotkanie odbyło się w jednej z najjaśniejszych komnat Rzeczywistości, wielkiej gwieździstej aglomeracji, niedaleko Słońca.

Pomieszczenie przypominało grotę z półkolistym sklepieniem, zbudowanym z włóknistej drobnej siatki o blado różowych i fioletowych rozbłyskach. W równych od siebie odległościach, w czterech punktach,  do potężnych plazmowych drzwi, prowadziły srebrzyste schody. Na środku stał okrągły masywny stół o strukturze przypominającej grube szkło, w którego wnętrzu poruszały się cieniutkie niebieskie nici, które przybierały kształt rzek, jezior, mórz i oceanów. Na samym jego środku tryskało źródełko, tak delikatne, czyste i subtelne, że sam jego widok mógł skruszyć nie jedno zatwardziałe serce.

Wokół stołu zasiadło kilka postaci, przypominających formę ludzką, o niezwykle białym intensywnym świetle, ubranych w złociste, długie płaszcze. To Rada Starszych. Ze źródełka wypływały cieniutkie wodne nici i płynnym ruchem, kierowały się do świetlistych istot, łącząc się z każdą z osobna i ze wszystkimi jednocześnie. Z czasem, w pomieszczeniu zaczęły pojawiać się inne podobne postaci, które przechadzając się po komnacie, wsłuchiwały się i przyglądały całemu zdarzeniu. Wszyscy porozumiewali się telepatycznie.

Wreszcie pojawiła się postać, której sprawa miała być omawiana. Choć wszyscy byli sobie podobni, to jednak od Ra-h bił wyjątkowy blask. Co ją wyróżniało? No tak… Postanowiła część swojego istnienia przeżyć w warunkach ziemskich, a to czego miała dokonać w materii, to pokazać ludzkości, jak żyć i przypomnieć ludziom, kim w rzeczywistości są.  A jakie były ku temu powody? Cóż, w tej przestrzeni było to oczywiste…to współczucie i bezgraniczna miłość…miłość do ludzi i całego stworzenia…bo bólu i cierpienia na ziemi było już zbyt wiele…

Podeszła do stołu.  Przywitali się wszyscy skinieniem głowy. A teraz zobaczmy, jak wygląda życie na ziemi – rzekła jedna osoba z Rady Starszych.

Nad stołem przewijały się obrazy, które zatrzymywali myślą, aby móc spokojnie omówić poszczególne fragmenty. Pojawiło się życie istoty, która w ziemskich warunkach okryła się płaszczem cielesnym i przyjęła formę żeńską…kobieta na ziemi…

Zobaczyli rodzące się dziecko, maleńki okruszek, który z wrzaskiem przywitał świat. I tu zaczyna się twoja przygoda na ziemi – chórem skomentowano ten wzruszający widok.

W tejże chwili zbliżyła się jeszcze jedna postać i podeszła do tej, która rozpoczynała właśnie swoją ziemską wędrówkę. – Będę twoim przewodnikiem na ziemi, cały czas będę przy tobie, aby wskazywać drogę, ale nie ujawnię się, aż do chwili, gdy będziesz mnie świadom i mnie o to poprosisz. Do tego momentu jedyną wskazówką będzie odczuwana przez ciebie intuicja. Jeśli zdołasz ją odczytać, tym mniej błędów będziesz popełniać. Jeśli zdasz się wyłącznie na umysł i intelekt, może być trudniej. Ale i tak prędzej, czy później nastąpi moment powrotu do Rzeczywistości i w niej się obudzisz – jestem Ra-m.

Przejdźmy może i zapoznajmy się teraz  z kilkoma etapami twojego życia na Ziemi  – narrację przejął przewodnik.

Będąc niemowlęciem, skruszonym i pokornym, pełnym miłości, będziesz odczuwał silną więź z Rzeczywistością i będziesz ją też widział. Z czasem jednak…

…i tu pokazał się obraz, jak człowiek dorasta będąc pod wpływem otoczenia, czym jest karmiony poza zwykłym jedzeniem niezbędnym do przetrwania i jak bardzo oddala się od Rzeczywistości…

Zanikło w nim zupełnie odczuwanie bezkresnej radości życia i bezgranicznej miłości…Trudności, jakie napotykał, zupełnie go pogrążyły w smutku, bólu i cierpieniu…

Dla niektórych jest to chwila zdania sobie sprawy z tego, że jest niemożliwością, aby istnieć, w tak bolesnej przestrzeni i zaczynają doszukiwać się sensu swojego istnienia… – odparł przewodnik.

Ludzie poszukują prawdy w tym, co ich otacza, w ludziach, książkach…oczywiście słusznie.

Jednak po długich latach poszukiwań, niewielu zaczyna rozumieć, że narzędzia, którymi dysponują, takie jak nauka, święte księgi, religia, są dla nich jedynie wskazówkami stworzonymi przez poszukiwaczy prawdy, takich jak oni sami, a więc sami mogą tego dokonać – kontynuował.

Dlaczego te wszystkie księgi mówią o prawdach i zdolnościach, których i tak żaden człowiek nijak nie może osiągnąć?! – tymi słowami przewodnik zwrócił się do Ra-h, wchodzącej w nowe warunki swojego istnienia – Teraz o tym wiesz, ale będąc tam, zapomnisz o wszystkim, co wiesz. Ale to co jest istotne w tym przedsięwzięciu, to przypomnieć sobie i powrócić do Rzeczywistości. Jest to możliwe tylko będąc człowiekiem i nie możesz dać się skusić żadnej drodze na skróty. Mam na myśli choćby magię, rytuały, czy też inne sposoby, które rzekomo mogłyby doprowadzić człowieka do celu, który i tak nie istnieje. Tylko dzięki wewnętrznej pracy przez rozpoznanie i zrozumienie możesz powrócić… do samego siebie i odkryć prawdę o sobie.

W tych warunkach, w których się znajdziesz uczyć się będziesz siebie, poprzez emocje, zdarzenia… Będziesz wchodzić w piękne relacje, pełne miłości i zrozumienia, a czasami bardzo bolesne związki, gdzie serce rozsypie się na miliony kawałków i ciężko będzie to naczynie posklejać z tych drobnych kawałeczków…

Zadanie jest trudne, ale piękne w swojej całej istocie…i co najciekawsze możliwe do osiągnięcia…

Będąc na planecie Ziemia koniecznym jest znalezienie sposobu na życie, życie pełne radości  i szczęścia…

Przewodnik podszedł do Ra-h i objął ją ramionami. – Jeśli masz jakieś pytania, to proszę – pytaj.

Wszystko zrozumiałam –  odparła i oddaliła się do drugiego pomieszczenia, aby rozpocząć przygotowania do podróży na Ziemię.

Wszyscy opuścili grotę, udając się na krótki odpoczynek. Na podobną podróż zgłosiło się bowiem bardzo wielu ochotników i niebawem Rada będzie musiała powrócić, aby pokierować pozostałymi, podając im niezbędne informacje na temat przebiegu ich drogi.

Tymczasem na Ziemi narodziła się dziewczynka o imieniu Nada…

cdn…

Monika Hebda

Bezimienna

Od samego rana Emilii uśmiech nie schodził z ust. Wyjrzała przez okno, a widok miała przepiękny. Wysokie góry z soczyście zielonymi lasami na powitanie kłaniały się z daleka.

Przed nią pracowity dzień. Tego dnia postanowiła zostać ogrodniczką.

Miała taką swoją ulubioną grę, każdego dnia wybierała inną pracę i każdą czynność nazywała, jak chciała. Dziś ogrodniczka, innym razem gospodyni, a jeszcze innym tancerka, bo życie sprawiało jej ogromną radość, a wymyślanie nowych znaczeń było nader zabawne. Na przykład „gospodynię”, nazwała „mistrzynią ręcznie malowanego fartucha”. „Praczka”, to po prostu „mokra pani”. Ogrodniczka też miała swoje różne nazwy, od lilii, przez stokrotki, aż po róże.

 Dziś była Różą… Myśli ze spokojem malowały kolorowe obrazy w jej głowie. Świat pełen różnorodnych barw i fikuśnych kształtów. Czyżby układały się w wiosenny wianek?! O tak!

Weszła do kuchni, pełnej suszonych kwiatów i ziół. Tańcząc, ominęła delikatnie stary, ale pięknie odnowiony kaflowy piec, na którym wylegiwały się dwa puszyste koty…i z powabem zatrzymała się przy drewnianym kuchennym stole.

I gdy tak rozpływała się w tym swoim kolorowym świecie…

Wtem, nagle, znienacka na stół w kuchni wskoczyły dwa koty, czarny Kocur i rudy Bury. Zaczęły wydawać odgłosy, zgoła niepodobne do cichego „miał” kotków.

Chyba zapowiadają zupełnie inny dzionek. Mina Emilii już nie przypominała uśmiechniętego słoneczka, choć zwierzaki wszelkiej maści towarzyszyły jej od zawsze, to… tym razem zimny wiatr przeszył jej głowę, a z kwiatów pozostały jedynie szare płatki tworząc małe trąby powietrzne.

Kocur zbliżył się do Emilii i zagadnął – gdzież to się wybierasz, chyba o czymś zapomniałaś – a ze swoim wrodzonym dostojeństwem przybliżył się też Rudy – już czas, sobie przypomnieć

nasza przyjaciółko – rzekł.

Emilia, próbując ukryć swoje emocje, pod nosem, samą siebie zapytała – co się dzieje? 

Kocur rozłożył się na stole kuchennym, podpierając jedną łapką głowę, skierował wzrok bezpośrednio w oczy Emilii. Przeszył ją wzrokiem i próbował jej przypomnieć o tym, o czym zapomniała – nie pamiętasz zamruczał – zapomniałaś o tym, o czym zapomniałaś…

Rudy bez ustanku krążył po stole, łagodnymi ruchami pokazując, żeby tylko nie próbowała obrócić tej sytuacji w żart, co zwykle miała w zwyczaju robić, ukrywając w ten sposób wiele swoich twarzy.

Emilia wyciągnęła dłoń, żeby go pogłaskać. Kocur się odsunął, nie pozwolił się dotknąć.

Ja chyba nie rozumiem, o czym ty do mnie mówisz Kocurze… i ty, Rudy? Od lat już mieszkamy razem. Cóż takiego zasłoniło mi pamięć?

Zatem odgadnij pewną myśl, jej sens i znaczenie, zwrócił się do niej Rudy. Masz czas do wieczora, ale pamiętaj też, że musisz zdążyć przed zachodem słońca, aby pójść jeszcze do ogrodu. Nie zapomnij też o nim. Wówczas rozwieją się twoje wszelkie wątpliwości i być może uda ci się zgłębić tajemnicę zawartą w tej myśli..

A oto myśl, zagadka.

„Dużo mówi bezustannie, pląsa, śpiewa, goni wiatr i złapać go nie może, a sercem jest daleko ode mnie”.

Kocur i Rudy oddalili się pozostawiając Emilię samą ze sobą.

Jej umysł niespokojny wciąż przywoływał różne sceny z jej życia. Te miłe i te mniej miłe. Pojawiło się mnóstwo pytań. Jak to się stało, że taką sielankę nagle ktoś zamienił w taką pustkę?

 Czyżby radość, nie byłą radością, słońce słońcem, a uśmiech uśmiechem? – O czym zapomniałam?

Jedyne, co mogło ją teraz uspokoić, to cisza..

Róża weszła do ogrodu. Ścieżka pomiędzy kwiatami i krzewami prowadziła do drewnianej altany. To było ulubione miejsce Róży. Dołączył Kocur i Rudy otulając ją swym ciepłem. Stąd widziała cały swój czarodziejski ogród i mogła dostrzec to, co wymaga jej opieki i jej szczególnej uwagi. Bardzo powoli, z niebywałym spokojem, wzrokiem, doglądała każdą cząstkę ogrodu. Jej spojrzenie ożywiało każdy płatek i każdy listek, i każde źdźbło trawy. I nie było to tylko spojrzenie.

Ten piękny ogród był w niej…słyszała każdy jego szept i widziała go w całej swojej okazałości… i teraz był już jej pięknym dopełnieniem…i poczuła jedność ze wszystkim, co jest …z Kocurem i Rudym też…

Czyżby zrozumiała, że radość i szczęście, żeby na trwałe zagościło w jej życiu, to po prostu trzeba nim być?

Czy to jest ta tajemnica odwiecznie skrywana, a jednocześnie dobrze wszystkim znana, tylko zapomniana…?

Teraz nastały dni, kiedy nie było nazw, nic się już nie nazywało…tylko po prostu było…

A Róża jest Bezimienna…

Monika Hebda

Wieża

Hala, Ola i Eliza znały się od dziecka. Pochodziły z maleńkiej wsi, położonej między dwoma niewielkimi wzgórzami, w pięknej rozłożystej dolinie. Osada miała tylko dwie główne drogi, jedna prowadziła do wielkiego miasta, druga zaś w głąb lasu, który rozpościerał się od podnóża jednego wzgórza, aż po jego wierzchołek. Przy końcu drogi, wśród zarośli, na wzniesieniu  stała murowana wieża, piękna, dostojna i wyglądała tak, jakby ząb czas nie miał na nią żadnego wpływu.

Jako małe dziewczynki często tu przychodziły się bawić, ale nie podchodziły zbyt blisko. Mimo, że ciekawość nie dawała im spokoju, to jednak strach był silniejszy i tylko fantazjowały i snuły opowieści o wieży, o uwięzionej w niej księżniczce, czy też o dziwnych stworach w niej zamieszkujących i pilnujących do niej dostępu…ich wyobraźnia przekraczała wszelkie granice…ale jedna opowieść nie była tak do końca zmyślona…

Dziadek Elizy, jak już była starsza, jednego wieczoru przed snem, opowiedział jej pewną legendę na temat tego miejsca…Nie pamiętał kiedy i kto ją wzniósł, ale pamiętał historię jednego człowieka, któremu udało się wejść na sam jej szczyt. Człowiek ten powrócił niezwykle odmieniony…Ludzie w osadzie dowiedzieli się od niego tylko o mosiężnych drzwiach, z których przenikało jasne światło…a drzwi tych pilnował niewidomy mnich…i dzięki wskazówkom mnicha udało mu się przekroczyć ich próg i wejść do środka…ale reszta opowieści była tak niezrozumiała dla ludzi, że ów człowiek nie widział sensu już mówienia o czymkolwiek i zamilkł na zawsze…a w niedługim czasie opuścił też osadę i nikt już go więcej nie widział, ani o nim nie słyszał…a ludzie zapomnieli nawet o tej wieży, choć była tak blisko…

Trzy przyjaciółki spotkały się po latach w swojej wsi, a była ku temu niemała okazja. W osadzie trwały przygotowania na powitanie wiosny i do ślubu jednej z sióstr. Hala, Ola i Eliza z wielką radością wzięły się do pracy szczebiocząc i głośno śpiewając..a echo niosło ich śpiew i znów powracało…i dołączyły ćwierkania ptaków…cóż za chór, jak nie z tej ziemi…

Gdy już chleb był upieczony, wianki uwite postanowiły odwiedzić swoje ulubione miejsce zabaw, niedaleko wieży…

Eliza, tym razem, nie wahała się ani chwili, żeby wejść na wieżę – wchodzimy i uśmiechem zachęciła Halę i Olę. W porządku – odparły i zaczęły obchodzić wieżę, szukając drzwi…

Ale nie było…Eliza zrezygnowana oparła się o ścianę i … kamienie rozsunęły się torując przejście.

Dziewczyny niby były odważne, ale jednak strach je trochę obleciał…Mimo to weszły do środka.

Ujrzały kręte schody i powoli zaczęły wspinać się na górę…Co jakiś czas odpoczywały, wyglądały przez małe okienka, podziwiając okolicę, a widoki dodawały im otuchy…Kiedy były już na samym szczycie usłyszały szum wiatru i trzepot skrzydeł jakiegoś ptaka…przeszły na drugą stronę okrągłego murowanego pomieszczenia, stojącego pośrodku…Zobaczyły drzwi, a pod nimi siedzącego mnicha z białym krukiem na ramieniu…

Witajcie – skinął głową mnich…

Ola i Hala stchórzyły, przywitały się, ale zaraz zaczęły schodzić z powrotem na dół…

Eliza została sam na sam z niewidomym i z niewiadomą…Elizo – zwrócił się teraz tylko do niej. Tak? – spytała. Co ciebie tu przywiodło? Ciekawość – odparła – i nie dokończona opowieść, którą dawno temu słyszałam.

Cóż, te opowieści, nie mają ani początku, ani końca – rzekł mnich i dodał – Drzwi są otwarte, możesz wejść. Tak po prostu? – spytała. – Tak po prostu…

Drzwi zaskrzypiały i trochę się odchyliły, tak, aby przejście mogło zmieścić drobną osóbkę, jaką była Eliza. Dziewczyna powoli wsunęła najpierw dłoń i po chwili zniknęła cała jej postać…

…a po drugiej stronie…

była również wieża, inna, lżejsza…obie były połączone pomostem, który wydawał się być ze szkła…

Eliza sama stała się lżejsza…i mogła swobodnie się poruszać, przemieszczając się i unosząc, jak mgiełka …nie chciała wracać, tak wspaniale się tu czuła…ale…coś nie pozwoliło jej tu pozostać na dłużej…

Nagle znalazła się pod wieżą, gdzie czekały na nią przyjaciółki…w głębi serca słyszała tylko głos, że może wchodzić i wychodzić, kiedy tylko tego zapragnie…

Hala i Ola zaczęły wypytywać Elizę, co się wydarzyło, ale ona szła jak zaczarowana i nie umiała im nic odpowiedzieć…

Idźcie i zobaczcie same…tego się nie da opowiedzieć…

Monika Hebda

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.